26.08.2015r. - na kolejne kaczki wybrałem się w towarzystwie Zbyszka i Maćka Ciemniewskich. Mieli oni ze sobą 2 wyżły i choć rozeszliśmy się w różnych kierunkach, to pozostając w zasięgu wzroku, mogłem liczyć na pomoc psów, bez których na kaczki polować nie sposób.
Na wstępie jednak zadam takie pytanie: co trzeba zawsze zabierać na polowanie?
Poza rzeczami oczywistymi i dokumentami uprawniającymi do polowania, trzeba np. koniecznie i zawsze zabierać papier toaletowy, prawda?
W naszym Kole bywały różne przypadki zapomnienia rzeczy ważnych (ale nigdy papieru), czyli np. naboi, czy też zamka do sztucera. Do dziś wspominamy, jak Krzysiek, czyszcząc broń wieczorem, zostawił zamek w szafce, przyjechał na polowanie autobusem PKS i jak się zorientował, że nie ma zamka, to pojechał do domu taksówką (110 km), wrócił do łowiska i strzelił dzika.
Ale to co dziś zrobił Zbyszek, zdarzyło się chyba pierwszy raz w historii naszego Koła.
Otóż Zbyszek zapomniał dziś zabrać na polowanie broni...
Nie zepsuło mu to jednak humoru i po naprawdę krótkiej nerwowej wymianie zdań z synem, Zbyszek polował z aparatem fotograficznym.
Efekt jego bezkrwawych łowów można zobaczyć na stronie Koła.
A polowanie?
Na pierwszym stawie zrobiłem dość trudnego dubleta. Potem przyszedł do mnie Maciek z pierwszą kaczką z mojego dubletu, a po dłuższej chwili Zbyszek z drugą (to był postrzałek, więc pieski dłużej go szukały) i obaj niestety pochwalili mnie za dwa bardzo dobre strzały. A czemu niestety? No bo zapeszyli...
Ludzie, ile ja się potem napudłowałem!!!
Pudłowałem i do kaczek bliskich, i do dalekich, i do łatwych, i do trudnych...
I dopiero na ostatnim stawie udało mi się strzelić jeszcze jedną sztukę, która zawisła na trokach po pięknym aporcie Maćkowego wyżła (to czwarte i trzecie od końca zdjęcie na stronie koła).
Wracałem do domu równie szczęśliwy jak tydzień temu. W pamięci pozostanie mi radość z trudnego dubleta i świetny nastrój ze spotkań z kolegami na groblach.



19.08.2015r. - po 7 latach łowieckiej bezczynności, postanowiłem znowu zapolować.
Siła by gadać o powodach, bo to i kręgosłup nadal boli, i biodro ogranicza zasięg chodzenia do kilkuset metrów, i kondycja fatalna, no bo skoro nie mogę chodzić...
Miałem też obawy o to, jak po tylu latach przerwy będę strzelał. Do spodziewanego braku wprawy, dochodzą bowiem jeszcze progresywne okulary, które uniemożliwiają ocenę odległości.
Umówiłem się na to polowanie ze Zbyszkiem Ciemniewskim, który nie tylko zabrał jednego ze swoich czterech wyżłów, ale postanowił też brodzić. Brodzenie to kolejna rzecz, której już nie sprostam, a tak to lubiłem...
Mimo zdrowotnych ograniczeń i ww. obaw, na polowaniu było wspaniale! Okazało się, że strzelam prawie jak dawniej, a rozbudzona na nowo pasja myśliwska złagodziła kłopoty z chodzeniem (gdy musiałem, to siadałem dla odpoczynku i wcale mi z tym nie było źle).
Świetne nastroje pogłębiała doskonała praca Zbyszkowej wyżlicy, bez której nie miałbym na trokach swoich 4 kaczek... chociaż to nie do końca prawda. Jedną kaczkę znalazł w szuwarach (!) Zbyszek, bo charakterna suka uparła się, że tego nie zrobi. Zdawała się mówić "sam se ją podnieś, bo ona przecież blisko jest".
Na koniec dodam, że moje zadowolenie nie byłoby aż tak wielkie, gdyby nie obecność wypróbowanego towarzysza łowów. Wszak radość pełniejsza jest, gdy można ją współdzielić.