Moje zaślubiny

Nie wiem, czy tego pamiętnego poranka zbudził mnie hałas wstającego taty czy dźwięk budzika, po chwili przez tatę zgaszonego. Czy może wiejący za oknem wiatr i odgłos spadających na blaszany dach kropel deszczu? Mój niespokojny, pełen napięcia i wyczekiwania sen był na tyle płytki, że każdy, nawet najmniejszy szelest zbudziłby mnie tej nocy. Tej nocy, kiedy po raz pierwszy miałem usłyszeć głuszcową pieśń. 
Trzask zamykanych przez tatę drzwi do końca mnie wybudził. I choć do mojego wyjścia została przeszło godzina to tej nocy już nie usnąłem. Nie mogłem spać. Bo czy można usnąć kiedy się wie, że jest się tak blisko? Że najskrytszy z łowieckich snów za chwilę stanie się jawą? Zacząłem przewracać się z boku na bok. "Tato już pojechał, może już ładuje broń, może już przemierza niedostępne tereny białoruskiej puszczy, a ja muszę czekać...". Ale taka była wcześniej umowa. Ojciec, który polował trzydzieści kilometrów dalej miał wstać po drugiej, ja dopiero po trzeciej. 
I choć cały czas leżałem w łóżku, myślami przenosiłem się w nieodległą knieję. Wyobrażałem sobie nieodgadnioną ciemność, gwieździste niebo, pierwsze klapanie, kolejne podskakiwania w rytm pieśni... Jak to jest usłyszeć tę osnutą przeżyciami i wspomnieniami Wielkich melodię? Czy będzie mi dane odczuć to, o czym tak wiele czytałem? 
Coraz mocniejsze porywy wiatru rozwiewały moje nadzieje. Rzęsisty deszcz pogrzebywał misterny plan. I do tego ten piekielny ból brzucha. Już dzień wcześniej poczułem, że coś mi musiało zaszkodzić. Czułem się na tyle źle, że pogarszająca się za oknem pogoda jeszcze bardziej przekonywała mnie, że dzisiejsze polowanie nie ma większego sensu. Tylko zmoknę, a mój osłabiony organizm łatwo się przeziębi. Dłużyło się... bardzo się dłużyło. Przecież mój przewodnik powinien już zapukać. 
Moje rozmyślania i rozterki przerwał odgłos kroków. Nie czekałem, aż przybysz zapuka do drzwi. Zerwałem się z łóżka i zbiegłem na dół. Liczyłem, że ujrzę dzień wcześniej poznanego Wasię - młodego przewodnika, jak się później dowiedziałem myśliwego nie tylko z zamiłowania, ale i z wykształcenia. Tymczasem oczom moim ukazał się Aleksiej. Zasmuciłem się. Dzień wcześniej na słonkowych ciągach, choć dało się u niego wyczuć niezwykłą białoruską gościnność, to jednak nie odnalazłem w nim tej pasji, tego nieopisanego wręcz umiłowania lasu, które na pewno posiadał Wasia. 
Szybko się ubrałem, porwałem broń, dokumenty i wyszedłem na zewnątrz. Melodia padającego deszczu ukoiła wszystkie bóle. Poczułem się lepiej. Wiatr wiał coraz słabiej. Popatrzyłem na rozpostarte przed naszym domkiem jezioro - było takie spokojne, uśpione. Niezwykły widok. "Trzeba iść" - pomyślałem. Aleksiej zaprosił mnie do gospody, w której spożywaliśmy posiłki. Za dużym stołem zobaczyłem niewyspaną twarz Wasii.
Poczułem radość - będę podchodził głuszca z prawdziwym myśliwym. Z przewodnikiem, dla którego nie będzie to kolejny dzień pracy, a uczta łowiecka - przeżycia jakby znane, ale każdego ranka na tokowisku na nowo odkrywane. 
Jadąc starą wołgą już nie rozmyślałem. Nie śniłem, bo marzenia zaczęły stawać się rzeczywistością. Z głównej leśnej drogi wjechaliśmy na bagnistą, trudnodostępną ścieżkę. Ból brzucha nie dawał za wygraną. Patrzyłem na moich dwóch towarzyszy siedzących na przodzie samochodu. Zajęci rozmową zwrócili jednak uwagę, że przymknąłem oczy i oparłem się o drzwi samochodu. "Niech śpi" - powiedział Aleksiej. "Zbudzimy go jak dojedziemy na miejsce". Po kilku kilometrach znów skręciliśmy, tym razem w drogę, która wydała mi się zupełnie nieprzejezdna. Otwarłem oczy. Wasia zgasił światła, przez chwilę jechaliśmy w zupełnej ciemności. Kiedy zgasł silnik samochodu, zauważyłem, że Wasia z Aleksiejem nagle umilkli. Spoważnieli. Kiedy Wasia wyjął małą, ledwo świecącą lampkę i zaświecił ją w samochodzie spostrzegłem na ich twarzach powagę. Jakby wiedzieli, że muszą oddać szacunek puszczy i temu, co za chwilę się wydarzy. Jakby wiedzieli, że za chwilę rozpocznie się dla mnie swoiste łowieckie święto. Jakby wiedzieli, że wjechali do świątyni. 
Tak cicho jak wtedy, jeszcze nigdy nie otworzyłem drzwi samochodu. Powoli wyjąłem broń. Deszcz przestał padać, wiatr ucichł. Ból brzucha ustąpił. Uśmiechnąłem się pod nosem. Do siebie, do św. Huberta, do Wasii, który chyba to ujrzał, gdyż podszedł do mnie i też się delikatnie uśmiechnął. Ruszyliśmy w ciemną głuszę. Absolutna cisza porażała, zaskakiwała swoim majestatem i swoją dostojnością. Uśpione korony wysokich jodeł i sosen lekko kołysały nieodgadnioną knieję. Poruszaliśmy się bezszelestnie, mimo iż czułem, że pod nogami co chwila napotykam na oberwaną gałązkę, szeleszczące liście, nasączone wodą mchy. Był to teren lekko bagienny, jednak ścieżka, którą stąpaliśmy pozwalała na cichy podchód. Mój przewodnik raz zwalniał, raz przyspieszał kroku. Chciał, byśmy podążali jednym rytmem, lepiej się zgrali. Byśmy idealnie wprost stopili się z otaczającą nas dzikością prastarego boru. 
Stanęliśmy. Las zrzedniał, coraz lepiej przyzwyczajony do panującej wkoło ciemności wzrok pozwolił mi stwierdzić, że w tym miejscu dawno już nie gościła ludzka stopa. Zachwyciłem się pięknem, nieznanej dotychczas przeze mnie postaci przyrody - nienaruszonej, nietkniętej nachalną cywilizacją. Takiej tajemniczej, zagadkowej, a przy tym tak bliskiej mojemu sercu. Wasia podszedł do mnie. Poczułem podniecenie - zrozumiałem, że jestem w miejscu, w którym będziemy oczekiwać na głuszcową pieśń. Mój kompan wytłumaczył mi szeptem, że jak usłyszymy koguta, będziemy podchodzić razem, że chwyci mnie za rękę, żebym był bezszelestnie poza pieśnią, że koguty są czujne... Wiedziałem to wszystko, ale dopiero tam, w białoruskiej kniei ta wiedza nabrała szczególnego znaczenia. Czekaliśmy. Obaj w napięciu, jakie towarzyszy oczekiwaniu upragnionej duchowej uczty. 
Nagle, w oddali obaj usłyszeliśmy to samo. Ciche, nieśmiałe jeszcze klapanie. Serce uderzyło mocniej. Popatrzyłem na Wasię, on na mnie. Niemal równocześnie wskazaliśmy kierunek, z którego dobiegł upragniony dźwięk. Tyle, że ja pokazałem kierunek przeciwny. Drugie, podobnie niepełne klapanie uświadczyło mnie w przekonaniu, że to mój towarzysz miał rację. Wasia podszedł, przyłożył swój zimny palec do moich napiętych ust i wypowiedział kilka zdań, które mimo iż po białorusku, bez trudu zostały przeze mnie zrozumiane. Mój mistrz chwycił mnie za rękę. Nie zapomnę tego uścisku. Był przyjacielski, ale stanowczy, nakazywał opanowanie i dał ostateczny sygnał, że rozpoczynam pierwszy w życiu głuszcowy podchód. 
Początkowo niewiele słyszałem. Dopiero po paru krokach moim uszom objawiła się upragniona melodia. Podskakiwałem jak zaczarowany. Pierwsze pełne klapanie było mistrzowsko wykonaną przygrywką, pierwsze trelowanie - potęgowało napięcie i rozpalało podniecenie, pierwszy korek - perfekcyjny znak, że czas ruszać, a po raz pierwszy zasłyszane szlifowanie - najżarliwsze z możliwych spełnienie całej pieśni, potęgowane rytmicznym podchodem, biciem żądnego wrażeń serca i nadzieją, że już za chwilą spotkam wyśnionego króla puszczy.
Nie wiem, jak długo podskakiwałem. Minutę, dwie, a może pięć. Duszę ogarniała nieopisana radość, pobudzone zmysły wyczekiwały spotkania. Wasia puścił moją rękę.
Poczułem dumę - jakby to był znak, że zostałem doceniony przez najlepszych, przez prawdziwego łowcę. Przez mojego mistrza. 
Zamarłem. Głuszec przestał grać. Wydało mi się, że usłyszał trzask gałęzi, na którą przed sekundą stanąłem. Czy jeszcze wtedy szlifował? Czy tak skończy się mój pierwszy podchód? Nadzieja po chwili wróciła. Ptak tokował jeszcze donośniej, jeszcze bardziej mistycznie, a my z Wasią podskakiwaliśmy jeszcze lepiej, rytmiczniej - jakby poprzednia cisza czegoś nas nauczyła. Gdy dźwięk korka wydał mi się wyraźny stanęliśmy. Równocześnie, w tym samym momencie, niejako na czyjś znak. Mistrz wskazał palcem konar jodły. "Widzisz?" - zapytał. Nie widziałem. Mimo że zaczęło szarzeć, że wyczuwało się już nieunikniony wschód słońca, ja nic nie widziałem. Zastygliśmy w skupieniu dwadzieścia kroków od Jego jodły. Kogut grał, a my słuchaliśmy. Ta pieśń, słyszana z bliskiej odległości brzmiała tak królewsko, tak niezwykle. Spojrzałem na Wasię. Uspokajał się. Ekstaza głuszcowej pieśni udzielała się i jemu. Mimo że słyszał tych pieśni kilkadziesiąt - ta jedna stawała się tą najważniejszą. 
Jaśniało. Wasia podczas szlifu nerwowo szeptał mi do ucha, bym wypatrywał, bo za chwilę może być za późno. I choć wiedziałem, że pieśniarz zaraz może urwać, odlecieć w leśną gęstwinę w tym zaczarowanym podnieceniu, niebywałym zapale i żądzy choćby tylko ujrzenia króla - byłem dziwnie spokojny. Jakbym chciał jeszcze posłuchać. Jakbym wiedział, że za chwilę go ujrzę. Ujrzałem. Był tak blisko, a ja go wcześniej nie widziałem. Rozpostarty wachlarz, wyciągnięta szyja oznajmiały, że mój kogut przeżywa najpiękniejsze ze swych chwil. Serce przyspieszyło swe bicie. Jeszcze jedno szlifowanie dopełni moje marzenie. Zagrał. Przyłożyłem powoli strzelbę do ramienia. Cały się trząsłem. Nie mogłem obrać celu, ręce nerwowo chodziły, sapanie Wasi jeszcze bardziej rozpraszało. Opanowałem się. Nie wiem w jaki sposób, może dlatego, że głuszec nagle umilkł? Cisza jaka nastała po zakończeniu pieśni była jeszcze bardziej dostojna. Przerwał ją huk wystrzału. I radosny krzyk Wasi, podbiegającego do głuszca.
Mojego pierwszego głuszca.

Darz bór! - Piotr Polończyk