Zacni nemrodzi - wspaniałe toki

Postaram się przybliżyć emocje kolegów świętujących najwspanialsze misterium wiosennej przyrody,
jakim są toki głuszców i cietrzewi. 
  Dzień pierwszy... 
  Dobrą passę rozpoczął Robert - zdobył głuszca z klasycznego podchodu, więc aż płonął ze szczęścia (swego pierwszego, 5 lat temu, strzelił na zapadach). Opowiadał swe przeżycia z coraz większymi wypiekami na twarzy, boć to i przy kominku cieplej niż na bagnach i jego ulubiony Chivas Regal grzał, i grzał, i grzał... 
  Czesiek był na tokach pierwszy raz. Znał z opowiadań prawidła podchodu, oglądał i słyszał toki z mojej komórki, wiedział też, że czasem przewodnik, skacząc pod pieśń, trzyma za rękę niewprawnego myśliwego. Jakiż był jego zachwyt, gdy nie tylko nie był prowadzony za rączkę, ale po krótkiej nauce podskakiwania, mógł w końcówce sam podejść swego pierwszego głuszca. 
  Tegoż dnia Adrian miał wspaniałe przeżycia. Słyszał toki, widział wiele kogutów, przelatujących, kryjących kury, jednak do strzału nie doszedł. Był jednak nie mniej rozemocjonowany niż obaj strzelający. Dla prawdziwego myśliwego samo pociągnięcie za spust nie jest najważniejsze. 
  Rafał natomiast nie słyszał i nie widział toków. Miał naprawdę kiepskiego przewodnika... 
  Zaś wieczorem Włodek strzelił słonkę, podczas jedynego na tej wyprawie wyjścia na ciągi. Później wieczorami koledzy bądź wychodzili na cietrzewie, bądź świętowali kolejne sukcesy. 
  Drugi ranek - podobnie jak pierwszy dał dwa głuszce... 
  Adrian widział mniej niż wczoraj, ale za to podszedł pod pieśń i strzelił zgodnie z regułami sztuki. Jego kogut miał w wachlarzu tylko kilka piór. Większość stracił albo w walce godowej albo przez jakiegoś drapieżnika. 
  Natomiast Włodek przeżył niesamowitą przygodę. Był podprowadzany przez znamienitego białoruskiego myśliwego, z wykorzystaniem nowoczesnej techniki, ale także z pełnym zachowaniem tradycji i sztuki łowieckiej.
Zazdrośćcie tym, którym możemy wszystko opowiedzieć, bo są to przygody "nie do opisania..."
Warto dodać, że głuszec Włodka to wielki stary kogut, największy ze zdobytych podczas tej wyprawy. 
  Rafał ponownie nie widział i nie słyszał toków - oj, oberwało się ode mnie dyrektorowi za jego podprowadzającego. 
  Koledzy, którzy mieli już głuszca polowali na cietrzewie - niestety bez powodzenia. Nie było budek, więc Adrian i Włodek po zlokalizowaniu 7 grających kogutów, sami zbudowali budkę - wielką 2 osobową. 
  Trzeci ranek... 
  Rafał poszedł na toki z przewodnikiem Adriana. I wreszcie usłyszał, i wreszcie zobaczył, i podszedł pod pieśń, i długo chłonął to arcydzieło wiosennej przyrody wszystkimi zmysłami, aż wreszcie wyznaczył kres bycia i dziania się. I upamiętnił to wszystko, przenosząc ptaka do wiecznego istnienia we wspomnieniach. 
  Adrian i Włodek siedzieli razem w budce na cietrzewie. Przeżyli wspaniałe toki (opis można przeczytać w moich wspomnieniach tutaj) - Adrian mówił potem, że miał większe emocje niż podchodząc głuszca.
Po szabasie obaj umówili się na strzał równoczesny i na "trzy-cztery" każdy położył swojego koguta.
Reszta nie odleciała, a bezpośredni rywale strzelonych rycerzy chcieli nadal kontynuować tokowe zmagania.
Obaj łowcy zmierzyli się do łatwych dubletów i... obaj, bez porozumienia, odłożyli broń (!).
Nie chcieli strzelać drugiego ptaka, gdy są koledzy, którzy jeszcze cietrzewia nie mają (to perełka wśród rzadkich już dziś, etycznych zachowań - wrócę jeszcze do tego). 
  Ranek czwarty i piąty... 
  Czwartego dnia Św. Hubert znów dał 3 koguty. Po drugim głuszcu strzelili Robert i Adrian (tym razem z pełnym wachlarzem), a wracając Robert podjechał i strzelił cietrzewia. 
  Pozostali koledzy na głuszca już nie wychodzili, a każdy mógł strzelić i drugiego, i trzeciego...
  Piątego ranka jeszcze tylko Rafał polował na cietrzewie, ale bez powodzenia. Liczebność tego pięknego ptaka od kilku lat bardzo wyraźnie spada. Miejscowi obwiniają za to ciągle rosnącą populację dzików, które podobno masowo niszczą lęgi. 
  Na koniec wrócę do szlachetnego zachowania kolegów, którzy nie strzelili łatwego dubleta do cietrzewi. Podobnie było z głuszcami. Dopóki wszyscy nie strzelili przynajmniej jednego, nikomu nawet prze myśl nie przeszło wychodzić na swojego drugiego... 
  Każdemu życzę takich towarzyszy łowów. Etyka i kultura łowiecka - to w tym gronie normalna codzienność. Dziękuję Wam Koledzy, że dane mi było doświadczyć takich zachowań, jakby żywcem wziętych z minionej epoki, bo wydawało mi się, że w naszym szalonym świecie już niespotykanych.

Darz bór! - Andrzej Otrębski