Wspaniałe toki

To już moja druga wyprawa na Białoruś. Przed czterema laty strzeliłem głuszca nad Niemnem, w obwodzie Stołpce, 80 kilometrów na południowy zachód od Mińska. Głuszcowe toki były tam słabe - rewelacyjne natomiast toki cietrzewi.
Tym razem jedziemy (z braćmi Zbyszkiem i Krzyśkiem) dalej na wschód, do miejscowości Dobramyśl, leżącej między Orszą, a Witebskiem. Jedziemy pociągiem, co można śmiało polecić wszystkim amatorom głuszcowych toków w okolicy Witebska. Tylko na pozór samolot wydaje się lepszy. Po pierwsze z lotniska w Mińsku trzeba wtedy wlec się kilkaset kilometrów niewygodnym samochodem, a tak wsiada się po południu w Warszawie do trzyosobowego przedziału sypialnego i już nad ranem jest się w Orszy. Po drugie pociągiem jest bezpieczniej, po trzecie - trzykrotnie taniej, a po czwarte... o ileż przyjemniej płyną tu i czas i trunki.
W Orszy czeka na nas Gienadij. Jest poniedziałek, 8 kwietnia, godzina 3.22. Zaraz na wstępie Giena pyta czy nie mamy ochoty posłuchać głuszców, będziemy bowiem przejeżdżać koło jednego z tokowisk. Oczywiście, że mamy! Jeden z nas ma wziąć broń - na wszelki wypadek. Ja mam już głuszca, ustępuję więc pierwszeństwa kolegom. Wybór pada na Krzyśka, który ma na sobie wysokie, nieprzemakalne buty Meindla (Goretex), a na tokowisku może być mokro. Po godzinie jazdy wysiadamy i piaszczystą drogą udajemy się w las. Krzysiek idzie z Gieną, ja ze Zbyszkiem - 100 metrów za nimi. Już po 15 minutach słyszymy głuszca. Gra po lewej, na bagnie, które przebłyskuje oczkami wody pośród panujących wciąż ciemności.
Zatrzymujemy się aby nie przeszkadzać. Wtem na wprost przed nami odzywa się drugi kogut. Jest blisko, słyszymy wyraźnie całą pieśń. Lecz co to? Nie ma korkowania! Czytałem, że głuszce w okolicach Moskwy czy Petersburga nie dają czasami korka, ale tu, na Białorusi? Myślałem, że brak tak istotnego elementu pieśni będzie mi przeszkadzał. Nic podobnego! Pieśń jest tak samo urzekająca, jak ta słyszana 4 lata temu. Zauważam jeszcze jedną różnicę, głuszce tutaj znacznie dłużej szlifują. Podchodząc, będzie można zrobić cztery albo i pięć kroków.
Z tych rozważań wyrywa mnie huk strzału. Jest tak blisko, że słyszę łomot spadającego ptaka. Krzysiek wraca i opowiada jak usłyszał pierwszą pieśń, potem drugą, jak podskakiwali (cały czas po piaszczystej drodze - mógł iść nawet boso), jak zatrzymali się, bo było już blisko, jak sam zauważył ptaka tuż nad swoją głową (Giena poszedł o krok za daleko), jak strzelił i... jak jest szczęśliwy. Ja myślę!
Następnego ranka, z samopoczuciem o wiele lepszym niż można by się spodziewać po uroczystościach dnia poprzedniego, rozjeżdżamy się na trzy tokowiska. Pierwszego głuszca słyszę gdy zaczyna się rozwidniać. Podskakujemy. Mój przewodnik wydaje się być podniecony nie mniej ode mnie. Utwierdzam się w tym przekonaniu, gdy prawa noga grzęźnie mi w bagnie i przez kilka pieśni nie mogę zrobić kroku. Przewodnik nic nie zauważa i gna po 4÷5 skoków do przodu. Podchodzi sam pod głuszca i dopiero wtedy spostrzega, że mnie z nim nie ma. Odwraca się gamoń do mnie nerwowo i płoszy ptaka. Wcześniej, gdy mocowałem się z bagnem, bardzo blisko z lewej zaczął grać drugi głuszec. Gdybym znał teren, pewnie spróbowałbym go podchodzić, zamiast iść 30 metrów za przewodnikiem.
Tego dnia Krzysiek słyszy z bliska dwa głuszce. Pierwszy, dobrze widoczny na tle nieba, tokuje w miejscu trudnodostępnym i przewodnik Krzyśka decyduje, że podejść go nie sposób. Drugiego Krzysiek podskakuje sam. Zbliża się na 35 metrów, strzela, ptak zaczyna spadać, lecz w połowie drzewa macha skrzydłami i odlatuje. Wieczorem dochodzimy do wniosku, że głuszec zaliczył obcierkę po głowie. Krzysiek strzelał od tyłu, widząc wielki rozpostarty wachlarz. Mierząc w ten wachlarz z dołu po prostu strzelił za wysoko i któraś z bocznych śrucin otarła się o głowę, na krótko ogłuszając ptaka.
Zbyszek tego ranka nie słyszy ani jednej pełnej pieśni, choć ma wiele dowodów na to, że jest w środku tokowiska. Poza łopotem skrzydeł przelatujących głuszców słyszy nawet ich wiercenie się na gałęzi - tak jest blisko! Tego dnia nie wiemy jeszcze co jest powodem milczenia kilku, a może nawet kilkunastu kogutów.
W środę nad ranem jest mróz - minus 6 stopni C. U mnie na tokowisku głuszce grają zdecydowanie źle, z przerwami. Pierwszego, którego słyszę jeszcze w zupełnych ciemnościach, udaje mi się podejść na 40 metrów, gdy jest już zupełnie widno. O tym, że jest to 40 metrów i o tym, gdzie siedział, dowiaduję się dopiero gdy głuszec odlatuje. Wcześniej ani ja ani przewodnik go nie widzimy. Zaraz potem, blisko z prawej słyszymy nieśmiały początek pieśni. Kilka klapnięć i cisza. To jednak wystarcza by zlokalizować ptaka. Ponieważ nie widać nas zza grubej sosny, przewodnik pokazuje mi go ręką. Głuszec siedzi na czubku 30 metrowej jodły, 50 metrów od nas. Widać tylko sam łeb, resztę przykrywają gałęzie. Nie powinienem strzelać, stało się jednak inaczej. Olbrzymia emocja i obawa, że zaraz odleci (nie tokował) powoduje, że niepotrzebnie ciągnę za spust.
U Zbyszka jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Miejsce to samo. Głuszce znowu nie tokują. Zlatujących na ziemię słyszy mniej i z większej odległości. Giena włóczy go po mszarze bez rezultatu. Nabieramy podejrzeń, że toki są tu przepłoszone. Przewodnik podchodzi do tokowiska zbyt blisko, a nawet wchodzi na jego teren, gdy jeszcze nie słychać pieśni. Nie wie, że nie powinien tego robić.
Krzysiek w środę jest na tokowisku cietrzewi. Widzi ich sporo, słyszy jeszcze więcej. Ocenia, że dwa z nich są blisko. Panujący półmrok i jednolity, niezróżnicowany teren nie sprzyjają poprawnej ocenie odległości. Krzysiek strzela, jak się później okazało, na 70 metrów. Po strzale dwa cietrzewie zrywają się do lotu, zataczają półkole i siadają nieopodal. Kiedyś, dawno temu, nad Biebrzą poranny strzał przerywał tok na dużym obszarze. Tutaj pozostałe koguty tokują dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Po pewnym czasie jeden ze strzelanych cietrzewi podlatuje i siada 35 metrów od budki. Pada drugi strzał - tym razem skuteczny.
W czwartek jest cieplej - minus 3 stopnie C. Z nowym przewodnikiem idę tam, gdzie przez dwa dni polował Zbyszek. Dochodzimy do skrzyżowania leśnych dróg i czekamy. Po chwili słyszymy pierwszego głuszca. Gra w złym miejscu - dzieli go od nas szeroki pas wiatrołomów, a potem bagno. To obrzeża tokowiska, centrum jest dalej. Według przewodnika powinno tam grać kilkanaście kogutów. Idziemy powoli leśną drogą, po kilometrze wracamy. Rozwidnia się, słyszymy kury i zlatujące do nich koguty. Jest ich bardzo dużo, to jest centrum tokowiska i chyba naprawdę jest ono przepłoszone. Tymczasem nasz głuszec na obrzeżach ciągle tokuje, ale już nie sam - po prawej zaczyna wtórować mu drugi. Wchodzimy w wiatrołomy, ale po chwili przedzierania się rezygnujemy. Głuszce siedzą blisko siebie, nie wiadomo, który kiedy szlifuje, a jeżeli spłoszymy jednego, drugi też odleci. Przewodnik przechodzi jeszcze raz wzdłuż tokowiska - cisza! Gdy wraca, na obrzeżach gra już tyko ten drugi kogut, słyszałem jak nasz pierwszy odleciał. Ryzykujemy! W takt pieśni przedzieramy się ponownie przez wiatrołomy, dochodzimy do mszaru i właśnie wtedy głuszec zrywa się z oddalonej o 50 metrów sosny. Nie odlatuje jednak. Siada kilka drzew dalej i ponownie zaczyna grać. Dobrze grać, bez przerw. Podskakujemy. Gdy jesteśmy już blisko, mój przewodnik zmniejsza ilość kroków do trzech, potem dwóch, za każdym razem pokazując tę ilość na palcach.
W końcu klęka za grubą sosną - dalej mam iść sam. Jeszcze chwila i widzę ptaka. Siedzi na czubku niewysokiej jodły, 30 metrów ode mnie. Przepuszczam pieśń jedną, potem drugą, rozkoszując się wspaniałym widokiem tokującego głuszca. Pod trzecią zdejmuję broń z ramienia, w zachwycie słucham jeszcze czwartej, a potem... błysk wystrzału, chwila zwątpienia, gdy ptak zrywa się do lotu, daleki bieg przewodnika, jego okrzyk radości, a na koniec moja radość szalona, trwająca przy opowieściach do późnego wieczora i powracająca z niesłabnącą siłą do dziś.
W czwartek Zbyszek nareszcie słyszy pełną pieśń. Przeżywa fantastyczne emocje podchodzenia grającego głuszca, jest zauroczony pieśnią i całą oprawą toków. Z odległości około 30 metrów Giena zauważa ptaka.
Cóż z tego, kiedy Zbyszek go nie widzi. Nie pomaga pokazywanie mu palcem, czy kierowanie jego głowy w kierunku ptaka, nie pomaga fakt, że jest coraz jaśniej, nie pomaga lornetka. Giena jest coraz bardziej nerwowy, gestykuluje i szepcze poza szlifem, czym oczywiście płoszy ptaka.
Krzysiek jest dziś na nowym tokowisku cietrzewi. Podziwia toki nie gorsze niż wczoraj i ptaków widzi niemało, wszystkie jednak poza zasięgiem strzału. Wcześniej jednak, zanim przyleciały cietrzewie, przez otwór wejściowy do budki włazi jakieś zwierzę. Zauważa człowieka i gwałtownie rzuca się ucieczki. Krzysiek, siedzący tyłem do wejścia, najpierw umiera ze strachu, potem dopiero odwraca się i w uciekającym stworze rozpoznaje bobra. Pewnie zwierzę przyszło tu po świeże gałęzie stanowiące konstrukcję budki postawionej na brzegu kanału - żeremia są 23 metry dalej.
W piątek obaj z Krzyśkiem jedziemy na cietrzewie, ja do tej budki, w której on był wczoraj. Jednak moim głównym celem nie są dziś cietrzewie, chciałbym zobaczyć bobra. Siadam więc przodem do otworu wejściowego, znajdującego się od strony kanału i czekam. Najpierw długo słyszę jak zwierz tapla się w płytkiej wodzie kanału, aż wreszcie podpływa i 12 metrów od budki ścina niemałe drzewko. Trwa to dobre pół godziny, w lornetce widzę go jak na dłoni. Aparat mam przygotowany, jednak na zdjęcie ciągle jeszcze jest za ciemno, a na lampę błyskową za daleko. W końcu drzewo wali się do kanału, bóbr drepta jeszcze chwilę wokoło, po czym spokojnie odpływa. Teraz mogę zająć się cietrzewiami. Kogutów słyszę kilka, widzę dwa. Toki przebiegają tutaj inaczej niż u nas nad Biebrzą czy w białoruskich Stołpcach. Przede wszystkim słychać donośne i częste czuszykanie. Tak odzywają się koguty zaraz po przylocie na tokowisko i potem przez cały czas toków, natomiast rzadko i bardzo cicho bulgoczą. Bulgotanie słychać tu najwyżej na 200 ÷ 300 metrów, nie tak jak u nas na kilometry. Najbardziej zaś brakuje mi tu szabasu. Ilekroć zamknę oczy i pomyślę o Biebrzańskich bagnach, widzę jak nagle wszystkie koguty zastygają bez ruchu. Jest coś uroczystego w tej ciszy jaką ptaki czczą wschodzące słońce. Cóż, ponarzekałem na kiepskie toki, pora przyznać się do pomyłki. Otóż dużo wcześniej, jeszcze przed wschodem słońca, w łudzącej wzrok szarówce, wydawało mi się, że jeden z kogutów jest odpowiednio blisko. I miałem rację - wydawało mi się... Jak się potem okazało strzelałem na 75 metrów - cietrzew odleciał nietknięty. Krzysiek tym razem z budki nic nie widział, natomiast po wyjściu - aż 11 grających kogutów.
Zbyszek tego ranka znowu podchodzi głuszca. Kogut gra w zapamiętaniu, dając pieśń za pieśnią. Giena sadzi po 4 ÷ 5 kroków, trudno za nim nadążyć. Natomiast głuszca zauważają jednocześnie. Tylko koncepcje przejścia ostatnich metrów mają obaj panowie różne. Podczas gdy Zbyszek zatacza niewielkie półkole, aby schować się za grube sosny przed czujnym wzrokiem ptaka, Giena idzie szybciej - na wprost. Z jego pozycji należy już strzelać, co stara się usilnie Zbyszkowi przekazać i... kolejny głuszec spłoszony. Robi się nerwowo, w sobotę wieczorem wyjeżdżamy. Zbyszek wprawdzie nie narzeka, jest zachwycony głuszcową pieśnią, emocjami podchodu i tutejszą przyrodą, ale...
Sobota - ostatni ranek. Mój nowy przewodnik nie trafia na tokowisko! Jestem wściekły - tak beznadziejnie stracone wyjście, tyle sobie po nim obiecywałem.
Jeszcze w zupełnych ciemnościach Krzysiek podchodzi grającego głuszca. Podchodzi sam! Jest już bardzo blisko, a ptaka nie widać. Powoli prześwietla drzewo po drzewie - bez efektu.
I wtedy przypomina sobie starą zasadę: jeżeli wokoło nie widzisz dobrze słyszanego głuszca, to znaczy, że siedzi on nad tobą. I faktycznie! Wysoko nad nim, na tle ciemnego jeszcze nieba, odcina się czarna plama wachlarza. Krzysiek podnosi broń - muszki nie widać. Wygięty do tyłu, w bardzo niewygodnej pozycji, mierzy po lufach i podczas szlifu ciągnie za spust. Głuszec nie reaguje. Potwierdza się kolejna stara zasada: podczas szlifu kogut nie słyszy nawet strzału. Krzysiek powtarza strzał pod drugą pieśń i wspaniały ptak spada mu pod nogi.
Zbyszek wychodzi w noc ostatniej szansy. Już przy dobrym świetle słyszy głuszca grającego w centrum tokowiska. Podchodząc pod pieśń, widzi koguty zlatujące do gdaczących na ziemi kur, widzi inne, chodzące po mszarze, słyszy nawet odgłosy walki - jakby cały las się walił, a TEN głuszec ciągle trwa wysoko i rytmicznie wysyła kolejne zwrotki pieśni. Wreszcie jest! Zbyszek zauważa ptaka. Jest blisko, teraz tylko spokojnie podnieść broń i... no właśnie, nie wystarczy spokojnie, trzeba jeszcze zrobić to podczas szlifowania. Głuszec ostatniej szansy odlatuje spłoszony! Znowu! Choć tym razem nie można mieć pretensji do przewodnika.
Lecz nim milkną emocje, na świerk oddalony o 20 metrów siada drugi kogut. Siada i spada zaraz po celnym rzutowym strzale. No, nareszcie Zbyszek też ma głuszca! Teraz radość każdego z nas jest pełniejsza, nie mąci jej bowiem niepowodzenie kolegi.
To były naprawdę udane toki. Strzeliliśmy 4 koguty, widzieliśmy kilkanaście, słyszeliśmy kilkadziesiąt. Głuszca nie zabraknie w tych jego odwiecznych ostojach tak długo, jak długo pozostaną tak dzikie uroczyska, jak choćby te na jednym z moich zdjęć z tej wyprawy.
Darz bór! - Andrzej Otrębski