Lisie gody

Myśliwskie urlopy! W latach "gwarantowanego dobrobytu", kiedy wszyscy mieliśmy dużo wolnego czasu, wyznaczały one rytm życia.
Wrzesień - dwa tygodnie na rykowisko, maj - tydzień na koziołka. W moim kole pozostałą część wolnego urlopu wypełniały wiosenne piżmaki i bekowisko danieli. Jeden z myśliwskich urlopów odbiegał od tych standardów: w roku 1982 - na przełomie stycznia i lutego pochłonęły mnie lisie gody. Przez tydzień polowałem ze Zbyszkiem i jego bratem Krzyśkiem, a w obydwa weekendy dojeżdżał do nas Mariusz.
Mariusz ma pomysły oryginalne - postanowił polować na lisy z podchodu, w kombinezonie uszytym z białych prześcieradeł. Jest on myśliwym o niezłych chodach, twardej stójce (nawet na znacznym mrozie) i wytrwałości w pracy na farbie. Głównie dzięki dwóm pierwszym cechom, po wielu próbach, Mariusz odniósł wreszcie sukces. Było to w piątek, 29 stycznia. Podszedł do lisa myszkującego w polu na 40 metrów, udało mu się wyplątać broń spod kombinezonu i celnie strzelić.
Następnego dnia rano, Krzysiek wracając z dziewczyną z ambony zobaczył wybiegające na pola dwa lisy. W pełnym słońcu, 30 metrów od głośno rozmawiających ludzi!
- O! Zobacz, lisy! - zawołał zdziwiony.
Potem dopiero zerwał broń z ramienia i jeden ze śmiałków zrulował w ogniu. Niestety do podobnych okrzyków głupie miejscowe lisy nie są przyzwyczajone - ten drugi zbyt szybko znalazł się poza zasięgiem strzału.
Kolejną przygodę z lisem koledzy zawdzięczają Duńce, uroczemu jamnikowi szorstkowłosemu. Podczas obchodu nor, chłopcy zlokalizowali w jednej z nich lisa. O jego obecności świadczyło zachowanie suki, ujadanie i odgłosy walki dochodzące spod ziemi. Lis nie dał się wygonić z nory, ale chłopcy byli na to przygotowani. Zbyszek wziął Duńkę na smycz i czyniąc wiele hałasu, wspomagany w tym przez wyrywającą się do nory sukę, odszedł w kierunku wioski. Przy norze, w ciszy, został Mariusz i Krzysiek. W płytkich, nie rozbudowanych norach jest to niezawodny sposób. Lis niepokojony przez jakiś czas, traci zaufanie do swej kryjówki i opuszcza ją. Tak było i tym razem. Po dłuższej chwili Mariusz ujrzał wychylający się z nory łeb rudzielca. Strzelił natychmiast z przyrzutu i lis błyskawicznie schował się w norze. Pewny siebie strzelec pochyla się nad otworem nory i nasłuchuje. Cisza!
- Bliski strzał w głowę. Lis musi leżeć! - stwierdza.
Przekonany tą argumentacją Zbyszek, który wrócił na odgłos strzału, postanawia włożyć rękę do nory. Może lis ("pewny trup") leży w zasięgu dłoni. Na szczęście wieczny niedowiarek, Krzysiek i tym razem nie wierzy w skuteczność strzału Mariusza. I ma rację! Włożony do nory kij zostaje gwałtownie szarpnięty, a po wyjęciu nosi wyraźne ślady lisich kęsów. Farby nie ma, jednak lis musi być ranny skoro nie schował się głębiej. Jeszcze raz do akcji wkracza Duńka. Tym razem z powodzeniem. Po chwili z nory wysuwa się rudy pysk. Bliski, pewny strzał kończy tę przygodę (zdjęcie).
W poniedziałek rano siadam na ambonie "Lali", ustawionej na ścianie niewielkich chłopskich lasków. Przed sobą mam łąki o szerokości 70 do 150 metrów. Za łąkami zaczyna się las. Jest jeszcze ciemno, gdy z prawej strony, około 50 metrów od ambony wybiega lis. Zdjęcie osłonki z rękawiczki zajmuje mi zbyt wiele czasu, lis oddala się i zataczając łuk, defiluje przede mną z prawej na lewą. Jest daleko. Decyduję się na strzał w kierunku lasu, licząc na to, że odbite od niego echo skieruje lisa w moją stronę. Tak też się dzieje. Lis odbija w lewo i sadzi na kulawy sztych, zbliżając się nieznacznie. Drugi strzał - pudło. Lis znów skręca, przebiega obok ambony Krzyśka, słyszę dwa jego dalekie strzały i rudzielec nietknięty uchodzi do lasu.
Następnego dnia wychodzimy z Duńką na poranny obchód nor. Jako pierwszą odwiedzamy Lisią Kępę. Jest to olbrzymi pałac, nora rozbudowana jak żadna w naszym lesie, stała arena lisich godów. Posiada kilkanaście okien i pewnie nie mniejszą ilość rozgałęzień i pięter. Przed kilkoma oknami, w miejscach, gdzie lisy otrząsają się po wyjściu z nory, widać świeży, rozpylony piasek. Musiało tu być niezłe weselisko! Duńka z impetem wpada w jedno z okien.
Z napięciem wsłuchujemy się w przytłumiony jazgot spod ziemi. Po chwili suka wyskakuje z nory i natychmiast niknie w innym oknie. Mija 10, 20 ... 40 minut. Szczekania nie słychać. Niepokoimy się o Duńkę. Krzysiek zawiesza broń na ramię i podchodzi do okna, w którym zniknęła suka. Nasłuchuje - cisza! Zaczyna gwizdać i wołać:
- Duńka! Duńciku!
I w tym momencie z nory wyskakuje lis! Wyskakuje wprost na Krzyśka, nachylonego nad otworem, odbija w lewo, potem w prawo i tu kładę go na śniegu szybkim, rzutowym strzałem. Za lisem wyskakuje Duńka, dopada go (już martwego) i święci teraz swój triumf.
- Taak! Bardzo dzielna suka! - wygonić lisa z tak rozbudowanej nory to wielki sukces.
Ja cieszę się z niezłego strzału, a Krzysiek ze swych oratorskich zdolności - wszak to na jego zawołanie lis wyskoczył z nory!
Następne wyjście, w środę, odbywa się po ponowie. Idę w głębokim, kopnym śniegu na tą samą ambonę, z której spudłowałem lisa. Po nocnym ociepleniu ranek jest wyjątkowo mroźny. Wytrzymałem całe dwie godziny - więcej się nie da. Wstałem i spojrzałem przez lornetkę na siedzącego po prawej Zbyszka. On też już ma dość. Wstaje właśnie... lecz co to? Zbyszek siada nagle i szybko zdejmuje broń z ramienia. Postanawiam zaczekać, by zbyt wczesnym zejściem nie spłoszyć koledze zwierza. Jakaż szczęśliwa była to dla mnie decyzja! Po chwili, dokładnie pod moją ambonką wybiega z lasu lis. Strzelam z przyrzutu i mykita pada w ogniu. Jednak to nie on przykuł uwagę Zbyszka, który jest nadal wpatrzony przed siebie. Patrzę w tym kierunku i widzę dwa biegnące lisy. Słyszę dwa strzały. Lis z prawej wpada do bliskiego już lasu, drugi zawraca i zmyka w kierunku pól. Schodzę z ambony i podnoszę swą zdobycz. Jest to piękna, intensywnie ruda liszka z puszystą kitą, zakończoną wyraźnym białym kwiatem. Wracamy na kwaterę. Zbyszek jest wściekły. Chciał zrobić dubleta, więc najpierw strzelał do lisa bardziej oddalonego (spieszył się, bo ten dobiegał już do lasu), potem zaś do bliższego. W podnieceniu źle ocenił odległość - strzelał na 90 i 70 metrów. Gdyby zaczekał, ten drugi przybiegłby mu pod ambonę.
Wieczorem w podobny sposób ja pudłuję, a w zasadzie niepotrzebnie strzelam do lisa.
Z powodu zapadających ciemności i łudzącej bieli śniegu grzeję do niego najpierw na 75, potem na 80 kroków. Moje zdziwienie, że lis nie leży mija wraz z odmierzaniem odległości. Jedyne z czego mogę być zadowolony, to widoczny na śniegu ślad wiązki śrucin. Skupienie niezłe jak na tę odległość. Nadlufka Merkla jest doskonała - ja znacznie mniej.
Wracam na kwaterę. Bracia już tu są, opowiadają o kolejnym sukcesie. Jak stwierdził Krzysiek: "Brat czasem poradzi zabić lisa". A było to tak (przytaczam opowieść dokładnie): "Zbyszek strzelał z ambonki. Ponieważ było bardzo blisko, lis wystraszył się huku i gwałtownie odwrócił łeb w kierunku strzału. Tu niestety miał pecha. Nie zauważył biedak drzewa, uderzył w nie głową i padł martwy."
Gwałtowne pukanie palcem po czole, wykonywane nerwowo przez Zbyszka (widocznie rodzinny znak porozumiewawczy) nie wpłynęło na zmianę opowieści brata, należy więc uznać ją za prawdziwą.
Następnego dnia padł jeszcze jeden lis, strzelony przez Krzyśka ze sztucera, na 124 kroki. Trafiony potężnym pociskiem kalibru 30-06 powinien być zupełnie rozbity. Jednak szczęśliwy przypadek sprawił, że pocisk trafił na miękkie i poza niewielką dziurą wylotową, skórka pozostała nienaruszona.
W piątek dojechał do nas Mariusz. Zapomniał białego kombinezonu, przywiózł natomiast wabik! W zeszłym sezonie polowania Mariusza z wabikiem znacznie ograniczyły ilość lisów w naszym łowisku. Każda próba kniazienia kończyła się natychmiastową ucieczką wabionego i zdziwieniem wabiącego. Ponieważ prób było wiele, ciągle niepokojone lisy przeniosły się gdzie indziej, zdziwienie natomiast pozostało w łowisku. W tym roku miało być jednak inaczej. Mariusz trenował przez cały sezon w domu, czym zdobył nasze uznanie (nie płoszył lisów) i niechęć sąsiadów.
W sobotę wieczorem usiadłem na stołeczku pod ścianą niewielkiego maliniaka. Na prawo, 500 metrów ode mnie czatował Mariusz. Zaczęło się już ściemniać, gdy po prawej zauważyłem lisa. Zmierzał dokładnie pomiędzy nasze stanowiska. Mariusz zawabił. Lis zatrzymał się na chwilę, po czym powoli, krok po kroku zaczął skradać się w kierunku kolegi. Stanął znowu. Kniazienie rozległo się jeszcze raz. Wydawało mi się jeszcze lepsze niż poprzednie, brzmiało przejmująco, żałośnie. Lis jednak, widocznie postrzelony kiedyś w ucho, był innego zdania. Bez żadnego zrozumienia i szacunku dla żmudnej nauki trudnej sztuki wabienia po prostu podwinął kitę i zwiał.
I to był ostatni akord naszych zimowych łowów, koniec myśliwskiego urlopu. Za dwa miesiące piżmaki, potem koziołki, rykowisko, a w weekendy słonki, kaczki, kuropatwy, bażanty, zające, może jakiś dzik nawet...
Oj, żeby tak dziś mieć choć promil tamtego wolnego czasu!

Darz bór! - Andrzej Otrębski