Zapasy z kuzynem

Moje pierwsze próby sił z kuzynem Stasiem miały miejsce w Gliwicach, u niego w domu, w roku 1968 (mieliśmy po 14 lat). Najpierw on namówił mnie na sparing pięściarski (bez bicia po twarzy). Nie lubię boksu, więc niechętnie się zgodziłem. Po trzech czy czterech seriach ciosów, kilka razy musiałem odskoczyć do tyłu. Miał przewagę.
Wieczorem wyzwałem go na pojedynek w siłowaniu na rękę. Pokonałem go dość łatwo na prawą, po czym chciałem się spróbować na lewą, ale on zerwał się i przewrócił mnie na kanapę, na której siedziałem. Podczas szamotaniny spadliśmy z kanapy i zaczęła się walka. Tarzaliśmy się po gołej podłodze. Byłem silniejszy i miałem przewagę, więc walczyłem spokojnie, by nie zrobić mu krzywdy przewróceniem na krzesło czy pianino, natomiast przegrywający Stasiu szalał jak wariat. On tylko raz powalił mnie na brzuch, ale wyrwałem mu się od razu, natomiast ja kładłem go wiele razy i na brzuch, i na plecy, z czego on nie potrafił wyjść. Poddawał się, dyszał jak parowóz, ale nadal chciał się bić. Ot, rogata dusza. W każdym razie zabawę mieliśmy świetną. Szkoda, że nie było przy tym kuzynki Ani, bo ona nie wierzyła, że jej brat może z kimkolwiek przegrać. Wynieśliśmy z tej walki masę siniaków i mocne postanowienie rewanżu w normalniejszych warunkach.

Ja w latach 1962-1968, czyli przed ww. walką ze Stasiem, wygrałem 12 walk z kolegami, a przegrałem tylko jedną, z późniejszym mistrzem Europy juniorów w zapasach wagi ciężkiej oraz wiele walk z... dziewczyną (!). Miałem 12 lat, a ona 14. Dziewczyny w tym wieku nie są słabsze od chłopców, a Małgośka była nie tylko starsza, ale też wyższa i cięższa. Ona lubiła i umiała się bić. W wakacje 1966 co wieczór siłowaliśmy się na trawie w sadzie. Stoczyliśmy setki walk i początkowo większość przegrywałem. Ona kiedyś chwaliła się siostrze, że tego dnia rozłożyła mnie kilkanaście razy, a ja ją tylko kilka. Potem byłem coraz lepszy i potrafiłem czasem utrzymać ją na plecach więcej razy niż ona mnie, ale to wywoływało u niej nieziemską ambicję i wolę walki. Kurde, jak myśmy się wtedy bili! Raz ona górą, raz ja, raz ona, raz ja. To właśnie dzięki takim zażartym zapasom z silną dziewczyną nauczyłem się walczyć.
Kiedyś napiszę więcej o tych walkach z Małgośką i o tych z kolegami.

Okazja do rewanżu ze Stasiem nadarzyła się na wczasach kolejowych w roku 1970. Mieliśmy po 16 lat - na zdjęciu: ja po lewej.
Nasze zapasy na trawie odbyły się przy impulsywnym dopingu kuzynki Ani (miała lat 11). 
Przed walką myślałem o moich szansach. Dwa lata temu miałem już swój obecny wzrost (187 cm) i choć byłem przeraźliwie chudy, to jednak cięższy od niego (bo dużo wyższy) i silniejszy (łatwo wygrałem na rękę). Teraz zaś, on mocno podrósł (był tylko o pół głowy niższy) i wyraźnie nabrał ciała.
Poza tym, podczas tych dwóch lat, ja walczyłem tylko raz (wygrałem z wyższym i cięższym rywalem), a Stasiu dopiero w tym okresie zaczął się bić z kolegami. Bił się często i podobno zawsze wygrywał. Spodziewałem się więc trudnego rywala i zażartej walki. Wrzała we mnie chęć udowodnienia sobie, jemu i Ani, że jestem lepszy.
Walki zaczynaliśmy klęcząc naprzeciw siebie. Na początku były 3 próby. W pierwszej łatwo go przewróciłem łapiąc za szyję, w drugiej było ciut trudniej, bo chwilę chwialiśmy sobą w uchwycie za bary, ale szybko powaliłem go na bok i przekręciłem na łopatki, a w trzeciej znów łatwo położyłem go na plecy, po frontalnym ataku i chwycie wpół. W dwóch pierwszych walkach Stasiu dość długo i wściekle próbował mi się wyrywać, ale ani raz nie był nawet blisko sukcesu, a w trzeciej poddał się od razu, jak tylko padł na plecy. Miał dość i nie zdradzał ochoty do dalszych walk.
Jak to? Minęło zaledwie kilka minut i już miało być po wszystkim? Koniecznie chciałem się jeszcze spróbować, więc wymyśliłem, że dam mu fory. Ponieważ ani raz nie leżałem na plecach, to chciałem sprawdzić co by było, gdyby udało mu się mnie przewrócić. Czy potrafiłbym się wyrwać z trzymania? Zaproponowałem, że położę się na plecy, a on chwyci mnie tak, jak zechce i z takiej pozycji zaczniemy.
W pierwszej próbie z forami, on postanowił rozkrzyżować moje ręce. Usiadł mi na brzuchu, chwycił za nadgarstki i zaczęliśmy wariackie przepychanki. Długo to trwało, bo nie próbowałem go zrzucić. Chciałem sprawdzić się na ręce i mimo jego wściekłych prób, nie dałem się rozkrzyżować. Wtedy on złapał moją rękę obydwoma swoimi, przycisnął do ziemi, przytrzymał kolanem i chciał złapać drugą. Nie zdążył! Nagłym wybiciem z biodra zrzuciłem go z siebie i zanim się zorientował, byłem na górze. Nawet nie próbował mnie zrzucić...
Gdy drugi raz położyłem się na plecach, Stasiu chwycił mnie za tułów, kładąc się obok. Przez krótką chwilę wyrywałem się z jego uchwytu tylko przy użyciu siły, a gdy nie dałem rady, przekręciłem tułów w jego kierunku. To zmusiło go do zmiany pozycji. Chciał przycisnąć mnie całym ciałem, więc położył się na mnie, chwytając oburącz za barki. Oddałem ten uchwyt i tak objęci zaczęliśmy prawdziwie niedźwiedzie zapasy. W takiej pozycji mogłem łatwo zrzucić go wybiciem z biodra, ale chciałem się posiłować, choć leżąc pod spodem, musiałem pokonać i jego muskuły, i ciężar. Wiedziałem, że mam przewagę siły, chciałem jednak sprawdzić czy aż taką. Napiąłem wszystkie mięśnie i nacierałem stękając z wysiłku. Powoli, centymetr po centymetrze, przekręcałem się na niego. On siłował się ze mną tak zażarcie, że żyły mu wyszły na czole, ale gdy tylko jego plecy dotknęły ziemi, przestał walczyć. Wygrałem to drugie starcie większym nakładem sił, ale też dość szybko.
Po chwili, trzeci raz kładłem się na plecach. Dłużej niż poprzednio tarzaliśmy się po ziemi. Mocno rzucałem się to w prawo, to w lewo (bo znów nie chciałem stosować wybicia z biodra), aż wreszcie siłą przekręciłem się na niego. Wtedy on ustąpił nagle i całym impetem mojej i swojej siły przetoczył się na plecach, przerzucając mnie nad sobą (więc jednak umiał się bić). Na szczęście udało mi się w locie zgiąć nogi, wobec czego wylądowałem na kolanach, a nie na łopatkach. Rozgorzała walka w parterze. Pierwszy raz tego dnia, nie powaliłem go od razu. Stawiał mocny opór i atakował tak gwałtownie, że zachwiał mną raz i drugi, a moje chwyty za bary czy szyję, zrywał straszliwą szarpaniną. Wściekł się i walczył jak szalony. Wtedy ja też poszedłem na całość. Wreszcie zaczęła się ostra walka, taka jaką lubię. Nie trwała ona jednak zbyt długo. Stasiu, czując że on też mną chwieje, postanowił stawić mi czoła w siłowej walce. Do tej pory albo furiacko atakował i odskakiwał, gdy nie mógł mi dać rady, albo zrywał moje chwyty. Teraz zaś runął do frontalnego ataku. Chwycił mnie za bary i natarł z całej siły. Ja też! Drgaliśmy przez chwilę w równowadze, po czym zacząłem przeważać. On jeszcze raz czy dwa szarpnął się panicznie, nadludzkim wysiłkiem wracając do równowagi, lecz w końcu padł na plecy. Tym razem jednak nie poddał się od razu, jak robił to wcześniej. Miotał się zażarcie, by wstać, stękał i jęczał z wysiłku, ale nie wstał! Nie dał rady!
Po odpoczynku Stasiu powiedział: "myślałem, że to ja ciągle będę leżał..., ale się ze mną musiałeś namęczyć... już ledwo zipałeś...". Wtedy przypomniałem mu, że był na górze i miał przewagę tylko wtedy, gdy sam kładłem się na plecy, ale on odparł: "eee tam". Zrozumiałem, że ze Stasiem błędem były moje próby siłowania się, gdy miał przewagę po daniu mu forów i gdy mogłem go łatwo pokonać techniką (np. wybiciem z biodra). Wysilając się wtedy, dłużej byłem pod spodem i często stękałem z wysiłku. Dzięki temu jednak stworzyłem sobie ciekawe fragmenty walki z rywalem, którego mogłem łatwo pokonać. Chciałem mu to jeszcze raz udowodnić, więc wrzasnąłem "no to chodź jeszcze raz bez forów". Pokręcił głową, więc zawołałem: "To położę ci się na plecy po raz czwarty:", ale on spuścił wzrok. Po prostu nie chciał się już bić. Miał dość!
Dopisane w roku 1976:
6 lat po walce ze Stasiem, na rodzinnej imprezie Ania wspominała, jak łatwo pokonałem jej brata. Wyznała też, że bardzo by chciała powalczyć. Zaproponowałem jej, żeby namówiła Stasia na walkę ze mną, a jak się z nim zmęczę, to z nią zawalczę. Stasiu przez te 6 lat urósł i zmężniał. Był teraz cięższy ode mnie i tylko ciut niższy (patrz zdjęcia). Nie miałem wątpliwości, że go pokonam, miałem natomiast nadzieję na trudniejsze zapasy. Umówiliśmy się z Anią na obie walki w sadzie (notabene było to 10 lat po moich walkach z Małgośką w tymże sadzie, ale 100 metrów od miejsca tamtych walk, bo tamto zarosło krzakami). 
Niestety wkrótce potem Ania zaciążyła i nie mogła walczyć, a Stasiu już nigdy nie chciał się ze mną bić.
Po opisanych wyżej walkach ze Stasiem, jesienią 1970 roku wygrałem jeszcze jedną walkę z wyższym od siebie, dużo cięższym i bardzo silnym kolegą. 
Cóż, nie spotkałem rywala (nie trenującego), który byłby w stanie zagrozić mi w zapasach. A dziewczynę tak! Małgośka nie była jedyna. Moja kuzynka Mariola była jeszcze lepsza.
To jednak opowieść na inną flaszkę...