Wczasy kolejowe z rodziną z Gliwic (rok 1970).
Od lewej: ja i kuzyn Staś - mieliśmy po 16 lat.
Pewnego dnia walczyliśmy z kuzynem (zapasy na trawie),
przy impulsywnym dopingu kuzynki Ani (lat 11). 
Przed walką, Stasiu mówił, że jeszcze z nikim nie przegrał
("zapomniał" o dwóch przegranych ze mną 2 lata temu). 
Natomiast ja nie przyznałem się, że spośród wielu walk
z kolegami, przegrałem tylko raz, z późniejszym
mistrzem Europy juniorów wagi ciężkiej w zapasach
oraz wiele razy z... dziewczyną (miałem 12 lat, a ona 14).
Dziewczyny w tym wieku wcale niekoniecznie są słabsze
od chłopaków, a na dodatek Małgośka była ode mnie
wyższa i cięższa. Lubiła i umiała się bić. W wakacje 1966
prawie co wieczór siłowaliśmy się na trawie w sadzie.
Stoczyliśmy setki walk i początkowo większość
przegrywałem. Pamiętam, jak ona kiedyś chwaliła się
siostrze, że tego dnia rozłożyła mnie kilkanaście razy,
a ja ją tylko kilka. Potem byłem coraz lepszy i potrafiłem
czasem utrzymać ją na plecach więcej razy niż ona mnie,
ale to wywoływało u niej nieziemską ambicję i wolę walki.
No bo jak to? Słabszy wygrywa? Kurde, jak myśmy się
wtedy bili! Raz ona górą, raz ja, raz ona, raz ja. Dopiero
pod koniec wakacji zacząłem z nią częściej wygrywać.
Nie osiągnąłem jednak takiej przewagi, jaką ona miała na początku wakacji. Ciągle była groźną rywalką i ciągle zdarzały się wieczory, w które była lepsza. Pamiętam dokładnie wieczór ostatni i nasze ostatnie walki (potem wyjeżdżałem na kilka dni i wiedzieliśmy, że w te wakacje już się nie spotkamy). W przedostatnim dniu przed moim wyjazdem był deszcz, więc nie walczyliśmy, ale ona odgrażała się, że dnia ostatniego mi dokopie. Tegoż dnia ostatniego stoczyliśmy kilkanaście walk. Kilka pierwszych wygrałem, potem wygrywaliśmy na przemian, raz ona, raz ja, a w następnych znowu byłem lepszy, więc ona zaczęła wściekać się coraz bardziej, a to z kolei potęgowało jej zmęczenie. Nadal byłem częściej na górze, aż w końcu ona nie tylko przestała się wyrywać, ale nawet nie wstała z trawy, gdy ją puściłem. Położyła się na brzuchu i ciężko dyszała. Zawsze tak kończyła przegrane walki (nigdy nie potrafiła powiedzieć, że się poddaje), a ja chciałem jeszcze. Usiadłem więc bokiem na jej plecach i zacząłem podjudzać, że miała mi dokopać, że przecież jest silniejsza, że szansy na rewanż już nie będzie itp. Okazało się jednak, że ona nie chciała kończyć, tylko odpocząć. Po chwili zerwała się gwałtownie, dziecinnie łatwo mnie zrzuciła (bo siedziałem bokiem) i potwornie mocno docisnęła do ziemi. Wiele walk z nią przegrałem, bo nie potrafiłem jej zrzucić, ale tym razem, to ja się wściekłem i dałem radę. Czułem, że to ostatnia walka wieczoru, a więc także całych wakacji i musiałem tę ostatnią walkę wygrać. Musiałem! Ona jednak też się wściekła. Zapewne czuła i myślała tak samo. Tak morderczej bijatyki jeszcze między nami nie było. Straszliwa szarpanina na granicy faulu, ponad siły, do upadłego... a upadków było wiele i tych na duchu, i tych na ziemię, ale w końcu, to jej upadek był ostatni i ostateczny. Ona, starsza, większa i silniejsza, uległa muskułom chudego dzieciaka. Tego właśnie nie mogła sobie darować, więc gdy półprzytomni ze zmęczenia, leżeliśmy na trawie, zapytała zaczepnie: "chcesz jeszcze"? Odparłem bez zastanowienia, że chcę. Okazało się jednak, że ona już nie chce i nie może walczyć. To była tylko jej próba pokonania mnie przynajmniej słownie. Liczyła, że w takim stanie wyczerpania, nie będę chciał i ona choć w tym będzie górą. W ten sposób wygrałem także słowną potyczkę. Najważniejsze jednak było dla mnie dzisiejsze wszechstronne zwycięstwo. Po pierwsze, wygrałem dziś dużo więcej walk. Po drugie, w stanie mocnego zmęczenia, wgrywałam większość pojedynków siłowych, takich jakie ona wygrywała na początku. Po trzecie, to jej brakło sił - ja bym się jeszcze bił. No i po czwarte, ostatnią walkę, na pewno najbardziej zażartą i agresywną, na pewno bardzo wyrównaną i na pewno najdłuższą, wygrałem zdecydowanie i wyraźnie. Mimo potwornego zmęczenia czułem, że potrafiłbym jeszcze nie raz powalić ją na plecy lub zrzucić z siebie, gdyby ona mnie powaliła. Byłem dziś lepszy!
To właśnie dzięki takim zażartym zapasom z silniejszą dziewczyną nauczyłem się walczyć.
W następne wakacje, z nadzieją poszedłem do sadu, ale jej już nie walki były w głowie. Zrobiła się z niej pannica (liceum, chłopaki), a ja dzieciak byłem. Nie dała się namówić nawet na jedną próbę sił i chyba nie dlatego, że się bała. Byłem już od niej wyższy, ale nadal dużo lżejszy i raczej słabszy. Widzieliśmy się ponownie dopiero, gdy i ja już byłem w liceum. Bardzo wtedy żałowała, że nie dała się namówić te kilka lat temu. No to od razu zaproponowałem spotkanie w sadzie. Odparła, że teraz to ona już chyba nie da mi rady, ale zgodziła się. I należało zaraz iść do sadu, a nie odkładać tego na potem, gdyż to "potem" nigdy nie nastąpiło. Szkoda...
Moje pierwsze próby sił z kuzynem Stasiem miały miejsce w Gliwicach, u niego w domu, w roku 1968, czyli dwa lata przed wspomnianymi wyżej wczasami. Najpierw on, podjudzany przez Anię, namówił mnie na sparing pięściarski (w wersji rodzinnej, czyli bez bicia po twarzy). Nie lubię boksu, ale się zgodziłem. Po dwóch czy trzech seriach ciosów musiałem odskoczyć do tyłu. Miał przewagę.
Wieczorem wyzwałem go na pojedynek w siłowaniu na rękę. Pokonałem go dość łatwo na prawą, po czym chciałem się spróbować na lewą, ale on zerwał się i przewrócił mnie na kanapę, na której siedziałem. Podczas szamotaniny spadliśmy z kanapy i zaczęła się walka. Tarzaliśmy się po gołej podłodze. Byłem silniejszy i miałem przewagę, więc walczyłem spokojnie, by nie zrobić mu krzywdy przewróceniem na krzesło czy pianino, natomiast przegrywający Stasiu szalał jak wariat. On tylko raz powalił mnie na brzuch, ale wyrwałem mu się od razu, natomiast ja kładłem go wiele razy i na brzuch, i na plecy, z czego on nie potrafił wyjść. Wynieśliśmy z tej walki masę siniaków i mocne postanowienie rewanżu w normalniejszych warunkach. Szkoda, że nie było przy tym kuzynki Ani, bo ona nie wierzyła, że jej brat może z kimkolwiek przegrać. Dopiero tu, na wczasach wyszło na jaw, że Stasiu nigdy nie przyznał się siostrze, iż pokonałem go w próbie sił na rękę i w walce na podłodze. Tak więc Ania była pewna, że jej brat ze mną wygra.
Gdy szliśmy na nasze zapasy, myślałem o moich szansach. Wtedy, dwa lata temu, ja miałem już swój obecny wzrost (187 cm) i choć byłem przeraźliwie chudy (poniżej 55 kg), to on był dużo lżejszy (bo dużo niższy). Teraz zaś on mocno podrósł (był tylko o pół głowy niższy) i wyraźnie nabrał ciała (był cięższy ode mnie, bo ja nadal byłem chudy). Poza tym, podczas tych dwóch lat, ja walczyłem tylko raz, a on dopiero w tym czasie zaczął się naprawdę bić. Spodziewałem się więc trudnego rywala i trudnej walki. Wrzała we mnie chęć udowodnienia sobie, jemu i Ani, że jestem lepszy.
Na początku zaczynaliśmy walki klęcząc naprzeciw siebie. Spróbowaliśmy się 3 razy i wszystkie 3 próby wygrałem w miarę łatwo. Jedynie podczas siłowych zwarć, potrafił on nawiązać ze mną równorzędną walkę. Postanowiłem więc przyjąć jego siłowy styl walki i pokonać go tym, w czym był dobry. Co chwilę, spleceni w mocnym uścisku, szamotaliśmy się gwałtownie. Wygrałem pierwsze takie siłowe zwarcie, potem drugie (w obu on wyrywał się zażarcie, ale nie dał rady i musiał się poddać), ale trzeciego już nie. Co prawda nie dałem mu się powalić (nawet na brzuch), ale on też się nie dawał. Mało tego, zdobył nawet przewagę i zaczął przyginać mnie do ziemi. Musiałem go puścić i podeprzeć się rękami, by nie dać się przewrócić. Wybroniłem się łatwo i wróciłem do klęku. Byłem wściekły, że nie mogłem mu dać rady i że zdobył przewagę. Bo prawdę mówiąc, wygrywane starcia uśpiły mnie trochę i przestałem wysilać się na maksa. Okazało się jednak, że on jest za silny na takie zabawy. Zaatakowałem więc najmocniej jak potrafię. Rzuciliśmy się na siebie i znowu zacząłem dominować. Rozłożyłem go na łopatki, a on, podobnie jak poprzednio, nie dał rady mi się wyrwać. Następne starcia wyglądały podobnie. Ostry atak z obu stron, mocna szarpanina, moja przewaga i jego przegrana. On za każdym razem próbował się wyrwać, ale bezskutecznie. Dyszał przy tym coraz bardziej, aż w końcu całkiem opadł z sił. Udowodniłem sobie, jemu i Ani, że jestem nie tylko silniejszy, ale także bardziej wytrzymały.
Należał nam się dłuższy odpoczynek, bo ja przecież też byłem zmęczony. Pokonanie go siłą nie było łatwe, czekałem więc niecierpliwie na ciąg dalszy. On jednak przez ponad godzinę nie zdradzał ochoty do walki (mimo podjudzania przez Anię), a ja koniecznie chciałem się jeszcze spróbować. Szkoda, że Ania była o 5 lat młodsza, bo ona biłaby się od razu i do upadłego (tak mówiła). Namawialiśmy go we dwoje, zaczepiałem go, popychałem i nic. Spróbowałem więc inaczej. Ponieważ ani raz nie leżałem na plecach, to byłem ciekawy co by było, gdyby udało mu się mnie przewrócić. Czy potrafiłbym wyrwać się z trzymania? Zaproponowałem więc, że dam mu fory, położę się na plecy, a on chwyci mnie jak zechce i z takiej pozycji zaczniemy. Zgodził się, ale bez entuzjazmu.
W pierwszej próbie z forami, on postanowił rozkrzyżować moje ręce. Usiadł mi na brzuchu, chwycił za nadgarstki i zaczęliśmy wariackie przepychanki. Długo to trwało, bo długo nie próbowałem go zrzucić. Chciałem sprawdzić się na ręce i mimo jego wściekłych prób, nie dałem się rozkrzyżować. Gdy już obaj dyszeliśmy ze zmęczenia, on złapał moją rękę obydwoma swoimi, przycisnął do ziemi, przytrzymał kolanem i chciał złapać drugą. Nie zdążył! Nagłym wybiciem z biodra zrzuciłem go z siebie i zanim się zorientował, byłem na górze. Nawet nie próbował mnie zrzucić, ale coś się zmieniło w jego nastawieniu. Coś drgnęło, bo gdy go puściłem, to wstał gwałtownie, ze złością.
Musiało wkurzyć go bardzo (bo klął szpetnie i walił pięścią w ziemię), że pierwsze starcie, w którym na początku dałem mu szansę, wygrałem zbyt łatwo.
W drugim było trudniej. Gdy się położyłem, Staś już nie siadał na mnie, lecz chwycił mocno, leżąc bokiem, z nogami ułożonymi z dala od moich. Chwycił mnie z nerwami i przekleństwem na ustach. Zaczęło się! Przez dłuższą chwilę usiłowałem wyswobodzić się z jego uchwytu. Po mojej kolejnej akcji, w której nie dałem rady się wyrwać, Staś triumfująco syknął "nie dam się".
"Nie dam się" - powtórzyłem jak echo i odbijając się nogą od ziemi, całą siłą przekręciłem tułów w kierunku jego nóg. To zmusiło go do zmiany pozycji. Chciał przycisnąć mnie całym ciałem, chwytając oburącz za barki. Oddałem ten uchwyt i kilkoma wściekłymi podrzutami zbliżyłem się do jego nóg, zahaczając je moimi. Tak objęci zaczęliśmy prawdziwie niedźwiedzie zapasy. W takim układzie ciał, liczy się już tylko siła. Jednak on dodatkowo miał przewagę pozycji, gdyż był na górze. Musiałem więc pokonać nie tylko jego muskuły, ale też jego większy ciężar. Sapałem i dyszałem straszliwie, ale powoli, centymetr po centymetrze, przekręcałem się na niego. On siłował się ze mną tak zażarcie, że aż żyły mu wyszły na czole, ale gdy tylko jego plecy dotknęły ziemi, przestał walczyć. Nie próbował mnie zrzucić, bo właśnie podczas takich prób, traci się najwięcej sił. Widział, jak ja strasznie dyszę i stękam wychodząc spod niego. Pamiętał też, jak całkiem opadł z sił, podczas wyrywania się na początku, w walce bez forów. Teraz zaś ja byłem w takim stanie, jak on wtedy.
Wygrałem to drugie starcie olbrzymim nakładem sił. Dałem z siebie wszystko... i jeszcze trochę.
Byłem mocno osłabiony i jeszcze dyszałem, gdy on zaproponował trzecie starcie. Był pewny siebie, śmiał się, że mam już dość, Ania mu wtórowała - ambicja nie pozwalała mi się wycofać. 
Wbrew rozsądkowi, po raz trzeci kładłem się na plecach. Nie wiem jak długo tarzaliśmy się po ziemi. Byłem coraz bardziej zmęczony, sapałem straszliwie, ale i on miał już zadyszkę. Zaciskałem ramiona na jego szyi, w pasie, na barkach i wściekle rzucałem się to w prawo, to w lewo, aż wreszcie nagłym wybiciem z biodra przekręciłem się na niego. Nie zdołałem jednak utrzymać się na górze. Staś wykorzystał energię mego wybicia, dodał sporo swojej i doprowadził do leżenia bokiem. Trwający nadal kierunek ruchu naszych ciał nie był dla mnie korzystny. Powoli moje plecy zbliżały się do ziemi. By powstrzymać ten ruch, napiąłem mięśnie do bólu. Siłowaliśmy się dłuższą chwilę, aż w końcu dysząc i stękając z wysiłku, zacząłem zdobywać przewagę. Nie doprowadziłem jednak nawet do równowagi, bo Staś ustąpił nagle i całym impetem mojej i swojej siły przetoczył się na plecach, przerzucając mnie nad sobą. Na szczęście udało mi się w locie skręcić tułów i zgiąć nogi, wobec czego wylądowałem na kolanach, a nie na łopatkach. Rozgorzała zaciekła walka w parterze.
Klęcząc i chwiejąc się pod naporem rywala, przez dłuższą chwilę siłowałem się z nim w zwarciu. Byłem już krańcowo wyczerpany, natomiast on, uskrzydlony długą przewagą, walczył jak w transie. Atakował z niebywałą furią, ale i ja wściekałem się coraz bardziej. Przez głowę przeleciała mi myśl, że przegrać teraz, to przegrać z akcji, z równowagi, z klęku. Któż będzie pamiętał, że to starcie zaczęło się, gdy osłabiony kładłem się na plecach. I walczyłem ze swoją niemocą, z dławiącą zadyszką, z szalejącym rywalem... Mięśnie zaczęły mi drżeć ze zmęczenia, ale i na jego twarzy zauważyłem grymas bólu i wyczerpania. Obaj wiedzieliśmy, że walka zbliża się do końca.
Że teraz albo nigdy! Jeszcze jeden atak na maksa, jeden potworny wysiłek i... i albo ja, albo on!
I jednak, mimo potwornego zmęczenia, to ja pod koniec okazałem się silniejszy. Powaliłem go na plecy mocnym chwytem za szyję, w momencie gdy on trzymał mnie wpół i przeginał do tyłu.
Przegrał to siłowanie, ale nie poddał się od razu, jak to robił wcześniej. Miotał się wściekle, by wstać, stękał i jęczał z wysiłku, ale nie wstał! Nie dał rady!
Po walce nastąpiło to, co przewidywałem. Staś "nie pamiętał", że starcie zaczęło się, gdy osłabiony kładłem się na plecach. Pamiętał tylko, że "cały czas miał przewagę" (to cytat), że nie mogłem mu dać rady, że mnie wykończył, że cudem udało mi się wygrać itd. Natomiast gdy mu przypomniałem, że wszystkie walki, w których niby miał przewagę i w których się tak bardzo zmęczyłem, zaczynały od trzymania mnie na plecach, machnął tylko ręką: "Eee tam...".
Tego już było za wiele! Mimo zmęczenia krzyknąłem: "no to chodź, spróbuj się bez forów!" - spuścił głowę. Ale ja byłem zbyt rozjuszony jego gadką. Nie mogłem przecież pozostawić wrażenia, że to on "cały czas miał przewagę". Podszedłem i mocno pchnąłem go w ramiona (to było niemal uderzenie). A on nic! Oberwał jeszcze raz tak samo i też nic! No to złapałem go za szyję i powaliłem na ziemię. Nie walczył, ale wstał, więc przewróciłem go jeszcze raz. Tym razem nie wstawał, więc chciałem postawić go na nogi i wtedy zaczął się bronić jak wariat. Namęczyłem się okrutnie, bo nie jest łatwo podnieść broniące się 60 kilo. Miałem więc znowu zadyszkę i chyba to go skłoniło do działania, bo gdy krzyknąłem: "bij się albo odszczekaj wszystko", to warknął: "chodź kur..." i chwycił mnie wpół. Nareszcie zaatakował! Po krótkiej szarpaninie złapaliśmy się symetrycznym chwytem za klaty i... przestaliśmy się szarpać. Tylko mocny uścisk, tylko walka na muskuły, bez uników. Wysilał się tak mocno i bronił się tak długo, że znów mu żyły wyszły na czoło, ale były to ostatnie podrygi przed agonią. Jeszcze wspiął się na palce, jeszcze wyprężył się jak struna... i runął na plecy. I już się nie wyrywał. Miał dość! Po chwili, gdy wstał, powtórzyłem: "bij się albo odszczekaj wszystko" - ponownie spuścił głowę. Podszedłem więc agresywnie i wtedy wymamrotał: "no dobra". I to wszystko, co od niego usłyszałem. Pewnie i tak potem chwalił się kolegom, że cały czas miał przewagę.
Szkoda, że Stasiu nie okazał się trudniejszym przeciwnikiem i dopiero jak dałem mu fory, musiałem się porządnie namęczyć. Ja potem chciałem jeszcze walczyć, ale on już nie. Chciałem tak bardzo, że gotowy byłem po raz czwarty położyć się na plecach, ale on już nie chciał. Miał dość!
Nie lubię słabszych rywali, a takich miałem w życiu najwięcej. Natomiast prawdziwą radość daje zwycięstwo z rywalem lepszym lub silniejszym. Lepszego spotkałem jednego i z nim przegrałem (wspomniany mistrz w zapasach), a silniejszego też jednego i go pokonałem. Miałem też dwóch rywali nieznacznie tylko słabszych ode mnie i z obydwoma wygrałem po trudnej, zażartej walce. Jednemu z nich pod koniec dałem fory. Wymęczył mnie wtedy potwornie (dużo bardziej niż Stasiu), ale i tak przegrał. I po tej porażce, on też już nie chciał ze mną walczyć (jak Stasiu).
Co ważne, ani ten silniejszy, ani ci dwaj ciut słabsi, nigdy nie mieli szans ze mną wygrać. Po prostu byłem lepszy. Natomiast ja nie miałem żadnych szans z tym, z którym przegrałem.
Reasumując, z żadnym z kolegów nie stoczyłem takiej walki, którą mogłem przegrać (bo np. rywal miał przewagę), a wygrałem. Ba, żaden z pokonanych rywali, nigdy nie wygrał ze mną ani jednego starcia (nawet takiego, w którym dostał fory).
Zupełnie inaczej było ze wspomnianą na wstępie Małgośką. Ona była silniejsza ode mnie, a na początku wakacji, gdy zaczynaliśmy walki, była również dużo lepsza. Potem, gdy nauczyłem się bić, była już tylko silniejsza, a mimo to potrafiłem ją nie raz pokonać. Przegrałem z nią kilkaset walk, ale też kilkaset wygrałem. To z nią toczyłem najbardziej zażarte walki w życiu.
Dopisane w moim pamiętniku w roku 1976:
6 lat po walce ze Stasiem, Ania wspominała, jak to wspaniale pokonałem jej brata. Wyznała też, że bardzo by chciała ze mną powalczyć, ale żeby miała szanse, to muszę jej dać fory (bo brat nigdy nie chce ich dać). Zaproponowałem jej, żeby namówiła Stasia na walkę ze mną, a jak już będę mocno zmęczony, to się z nią spróbuję. Ale czy Stasiu zmęczy mnie na tyle mocno, żeby Ania miała szanse? On przez te 6 lat urósł i zmężniał. Był teraz dużo cięższy ode mnie i tylko ciut niższy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że go pokonam, a gdybym się za bardzo nie zmęczył, to dam mu fory. Jednak Ania wymogła na mnie obietnicę, że to jej dam fory, a nie jemu. Wcale nie chciała, by Stasiu mnie za bardzo zmęczył, bo ona też potrafi to zrobić (była buńczuczna i zadziorna jak nigdy). Obiecałem więc, że wszystkie walki z nią będziemy zaczynać od mojego leżenia na plecach i chciałem się od razu założyć, że i tak ani raz mnie nie utrzyma. Odparła, że to zależy tylko od tego, ile razy położę się na plecach, tzn. jak długo będziemy walczyć i od razu zaproponowała, że nie będzie mi wolno przerwać walki czyli, że to ona zadecyduje, kiedy kończymy. Zastanowiło mnie, skąd u dziewczyny taka dbałość o szczegóły. Wyglądało na to, że jest przygotowana na każdą ewentualność, tak jakby miała wszystko dokładnie przemyślane lub nawet z kimś przegadane. Ponieważ jednak świetnie się bawiłem podczas tej rozmowy, to droczyliśmy się dalej: czy lepiej na trawie, czy na pisaku, boso, czy w tenisówkach... i wtedy przyszło mi do głowy takie pytanie: "a zawalczyłabyś w miniówie"? Odpowiedziała bez namysłu: "No jasne". I od razu wszystko stało się jasne. Z powodów, o których tutaj nie napiszę, od razu domyśliłem się, że ona walczy w nocnych klubach. Aby się upewnić spytałem: "chcesz w budyniu, czy w kisielu"? Spojrzała przeciągle i odparła: "to... nie z tobą".
Więcej o tym nie rozmawialiśmy, ale dla mnie dopiero wtedy zaczęło być naprawdę ciekawie. Dziewczyny są do tych walk specjalnie szkolone, wiedziałem więc na pewno, że łatwej przeprawy to ja z nią miał nie będę. I dopiero wtedy zaczęło mi na tej walce naprawdę zależeć. Powiedziałem jej to i zaraz usłyszałem w odpowiedzi "nie bój się, nie ucieknę ci".
Takie oto plany snuliśmy sobie z kuzyneczką, ale nigdy nie było okazji na ich realizację. Szkoda...