Działo się...

Po wspaniałym polowaniu, zmęczeni dwudniowym świętowaniem, lecz jakże szczęśliwi (a w zasadzie jeszcze bardziej szczęśliwi dzięki temu świętowaniu), wracamy do kraju.
Mariusz (w końcu król - strzelił dwa łosie) jest najbardziej zmęczony i pewnie dlatego na Okęciu, na lotnisku... 
Ale najpierw słówko wyjaśnienia. Wylatując z Warszawy za granicę, najlepiej jest zostawić samochód na prywatnym parkingu, kilka kilometrów przed lotniskiem. Obsługa parkingu zawozi pasażerów busem tam i z powrotem, a opłata wraz z dojazdami jest dużo niższa niż za samo parkowanie przy lotnisku. 
No więc po powrocie, na takim właśnie parkingu, zmęczony Mariusz stwierdza brak małej walizeczki. Bus akurat wraca na lotnisko po kolejnych klientów, więc pakuję do niego Mariusza i daję mu do pomocy mniej zmęczonego Mariana. Zostajemy z Pawłem na parkingu, ładujemy trofea, broń oraz walizy do jego samochodu i...
... oj, mój kręgosłup! Odchorowałem to przez kolejne tygodnie i jeszcze dziś słabo chodzę. 
Czekamy z Pawłem na parkingu.
Przez pierwsze pół godziny trochę żartujemy, przez następne trochę się denerwujemy... Mariusz nie odbiera telefonu, a numeru do Mariana nie mamy... chcemy go zdobyć, ale wspólni koledzy odrzucają nasze próby dodzwonienia się (wszak to środek rykowiska i wszyscy myśliwi są na ambonach). 
Po półtorej godziny wraca bus, ale bez kolegów. Dopadamy do kierowcy, który nas uspokaja:
- Już wszystko w porządku. Kolega, który zostawił walizkę żyje i już nawet nie leży na podłodze pod buciorami panów w kominiarkach. Pozwolili mu wstać i nawet rąk mu nie połamali...
... to oczywiście żart - Mariusz nie zaliczył gleby. Ale wycelowane w siebie lufy broni widział (drugi raz w życiu). Obaj z Marianem wracają za pól godziny taksówką. 
A działo się tak:
Walizka zostawiona na lotnisku wzbudziła podejrzenie podłożenia bomby. Zadziałały standardowe procedury.
Ewakuowano wszystkich pasażerów z górnego piętra i usunięto sprzed lotniska wszystkie samochody (to dlatego bus nie mógł czekać i wrócił na parking).
Mariusza przepytano o zawartość walizki, prześwietlono ją i zwrócono bez konsekwencji. Nooo, nie całkiem bez... Wystawiono mu mandat za postawienie w stan gotowości...
Nie pytajcie ile zapłacił - naprawdę niewiele. Pocieszono go, że gdyby zdążyli przyjechać saperzy, to nie wypłaciłby się przez wiele lat. 
Cóż - stres działa uzdrawiająco i pobudza do żartów. Mariuszowi całkowicie minęło zmęczenie, a ogólna wesołość towarzyszyła nam przez resztę podróży. Szkoda tylko, że obecność broni, a konkretnie głupawe przepisy jej dotyczące, nie pozwoliły nam odpowiednio podsycać tej wesołości. 
Nic to. Nadrobimy!

Darz bór! - Andrzej Otrębski