Cietrzewie po raz pierwszy - maj 1982.

W dniu wyjazdu na cietrzewie, o szóstej rano, Mariusz w stanie "wskazującym" przetoczył się przez próg mojego domu i zapytał:
- Możieszszsz prowadzić?
Nietrudno było zauważyć, że on już nie może (jakim cudem do mnie przyjechał?), więc wkulał się na tylne siedzenie swojego malucha i pojechaliśmy po Krzyśka, u którego, jak się okazało, trwała kilkudniowa impreza non-stop. Była tam masa gości, bo Krzysiu właśnie oblewał magisterkę. Był gotowy... (do wyjazdu również). Przeprosił gości i już po chwili zassało go do malucha. Ja chwyciłem za kierownicę, koledzy za butelkę i tak się zaczęła moja pierwsza wyprawa na cietrzewie.

Był maj 1982. Trwał stan wojenny, więc obowiązywała godzina milicyjna, przed którą do Grajewa dojechać nie sposób (planowaliśmy nocleg w Warszawie). W maluchu było coraz weselej, aż podczas jednej z niezliczonych kontroli (któż nie pamięta tej zmory wojennej) Mariusz wybełkotał:
- A my mamy broń... (w Stanie Wojennym myśliwi musieli oddawać broń do depozytu).
Otoczyli nas natychmiast tacy czarni z automatami i w kominiarkach (Brrr! Do dziś ciarki mnie przechodzą na wspomnienie luf w nas wycelowanych), a ten co umiał czytać, spojrzał na specjalne zezwolenie, które podałem mu drżącymi rękami.
Sapał i sylabizował: "Zezwala się Ob. ... na używanie broni w okresie Stanu Wojennego. Podpisał ... (KTOŚ BARDZO WAŻNY)".
Efekt był piorunujący. Ten uczony zasalutował, reszta podkuliła ogony i mogliśmy jechać.
I tak było już do samego Grajewa. Niestraszne nam były kolejne kontrole ani godzina milicyjna. Niespodziewanie staliśmy się nietykalni. Żaden z kontrolujących nie pomyślał (wszak myślenie nie było ich mocną stroną), że normalni szaraczkowie mogą mieć TAKĄ zgodę. Traktowano nas jak kogoś z wierchuszki.

W nocy, kilka godzin po przyjeździe, wyruszyliśmy na bagna, na pierwsze w moim życiu toki cietrzewi. Zarówno ten ranek jak i następne dały nam wspaniałe toki, opisane w opowiadaniu "Kiedyś na bagnie", dostępnym na stronie wspomnienia. Nie będę więc tu tego powtarzał.

A co poza polowaniem? Ano, toki mają to do siebie, że o godzinie 7 rano jest już po wszystkim. I coś trzeba robić! Więc najpierw śniadanie, zakrapiane obficie na dobry początek. Potem, czekając na obiad, spożywało się "odrobinkę", by nie wyjść z wprawy. Podczas obiadu, wiadomo: "tylko ludzie głupie nie piją przy zupie", a przecież na samej zupie nigdy się nie kończyło. Zaś przy kolacji, zakrapiane rodaków rozmowy nieraz przeciągały się do północy, po czym każdy kradł chwilkę snu, by już o drugiej dać się obudzić na polowanie.
I tak było przez 7 dni, i nie wiem, czy to wspaniały klimat, czy emocje powodowały, że pomimo znacznych ilości trunków i zaledwie kilku godzin snu na dobę, trwaliśmy w dobrej kondycji, bez oznak przedawkowania.

Ciekawostka: w "Opowieści pod psem", w rozdziale XI, Janusz Meissner napisał:
"... do Grajewa przybyliśmy przed pociągiem i nawet zdążyliśmy zamówić śniadanie w miejscowej gospodzie, słusznie przewidując, że obaj nasi przyjaciele chętnie coś niecoś zjedzą przed dalszą podróżą do Pińczykówka. Owszem, mieli niezgorszy apetyt, podobnie jak my sami. Tylko Mietek oświadczył, że "dla zdrowia" należałoby do tej jajecznicy z dwóch tuzinów jaj, a także do tej kiełbasy i do nóżek w galarecie wypić kapkę gorzałki.
Co prawda była godzina ósma rano...".
Tak więc my, dokładnie w tej samej gospodzie, także przy jajecznicy, kiełbasie lub galarecie, płynnie kultywowaliśmy tradycje naszej wspanialej literatury myśliwskiej.