strona główna forum dyskusyjne




























MENUET

Z pni spływa kropel perlista kaskada,
Czy noc zwalczona łzy rozpaczy roni?...
Wtem szmer... To kozioł pan i władca stada,
Strącając rosę, ucztuje na błoni.
Broń się do oka wznosi... i opada
Po cóż zabijać? Nie mąćmy harmonii.

Józef Jastrzebiec - Szczepkowski, 1936 rok.


Nadal utrzymuje się piękna majowa pogoda, i tak oto znów jesteśmy w naszym ukochanym Barnimiu. Przyjeżdżam tutaj od ponad dwudziestu lat, ale za każdym pobytem odkrywam coraz to nowe uroki tego miejsca, od poprzedniego pobytu jest tutaj jeszcze piękniej.

Nad Drawą zwarta ściana starodrzewu o nie przebranej ilości odcieni zieleni, zaś w kierunku Konotopia rząd pięknych starych świerków pod jesień w koronach dosłownie obwieszonych dorodnymi szyszkami, dalej zwarta ściana samo siewu brzozowego, niedawno była tam łąka, a teraz tak gęstego, że koza tutaj właśnie poczęła piękne koźlątko i to dosłownie pięćdziesiąt metrów od naszej koliby. Na podwórku przyodzianie w majową zieleń dumnie od lat trwają: nasza sławna już dzika jabłoń, a na narożniku stodoły, tak jak nasz gospodarz, stary samotny klon.

Na wieczorną zasiadkę wybieram zwyżkę najbliżej kwatery na przesmyku brzeźniaka i świerkowego młodnika, przed miesiącem tutaj strzeliłem wycinka, może i tym razem św. Hubert da mi szansę tym bardziej, że jest to dziczy szlak z ostoi nad Drawą na chłopskie pola pod Barnimiem. Po kilkunastu minutach z lewej strony z brzeźniaka wyskoczyła duża koza, łapczywie żerując na soczystej trawie, jednak co raz nerwowo spoglądała na brzeźniak, by po chwili pędem wrócić w to samo miejsce z skąd wyszła, i z znów z powrotem wróciła na żer. Dla mnie jej zachowanie nie stanowiło żadnej tajemnicy poprostu pilnowała, a i pewnie karmiła swojego koźlaczka.

W kierunku wsi posznurowały swoim tropem jeden za drugim dwa lisy, chyba na zwiady w pobliże kurników, bo w ogóle nie reagowały na moje nie udolne wabienie, mające naśladować popiskiwanie myszki. Z prawej strony pod starym ogrodzeniem pomimo bezwietrznej pogody nagle poruszyły się gałązki samotnie rosnącego głogu, rzut oka przez lornetkę i w rudej plamie rozpoznaję rogacza zawzięcie pastwiącego się parostkami nad biednymi gałązkami głogu. Po chwili ukazuje się na czystym ugorze, już wyfarbowany mocny szóstak o wyjątkowo regularnym kształcie parostków, żeruje posuwając się w moim kierunku, koza przestała żerować i cały czas bacznie obserwuje intruza. Z odległości kilkunastu kroków obserwuję rogacza przez lornetkę, ma wyjątkowo pięknie uperlone parostki, kiedy stoi bokiem oba parostki idealnie się pokrywają, tylko uwiecznić na kliszy, niestety mój aparat fotograficzny z teleobiektywem został na kwaterze szkoda, ale na ranną zasiadkę na pewno go zabiorę. Tuż przed zmrokiem na ugór majestatycznie wyszła duża łania z zeszłoroczną łańką, żerując powoli przesuwają się w kierunku wsi, giną mi z pola widzenia za górką na skraju dużego zagona dorodnej pszenicy.

Wracam na kwaterę i nastawiam budzenie na trzecią rano, pół godziny później już siedzimy z Józiem na sąsiednich krytych ambonach nad płotem. Od kilku tygodni utrzymuje się susza, dlatego zasiany prawie trzy tygodnie temu jęczmień jest mizerniutki, dużo gołych placów, albo jeszcze nie powschodził, albo kiepski materiał siewny. Szybko robi się widno, za kilkanaście minut wschód słońca, a tu poza kilkoma harcującymi kotami i myszkującym lisem nic większego nie widać, ciągle obserwuję teren za łąkami przy rzepaku, tylko z stąd mogą schodzić dziki w naszym kierunku. Dzików nie widać, ale za to prosto na nas ciągnie duży klucz żurawi, jedna para miękko siada na kilkanaście metrów od mojej ambony, pozostałe w pobliżu ambony Józia.

Początkowo żurawie spokojnie żerowały i nic nie zapowiadało widowiska, które mieliśmy oglądać. Jednak na wszelki wypadek sięgam po aparat i ku mojemu zdziwieniu kieszeń znów pusta, to już chyba początek sklerozy. Zaloty rozpoczęła samica z mojej pary, rozpostarłszy skrzydła, kłaniając się z gracją swemu partnerowi nieco przysiadła, zaś pan żuraw z wielką gracją dosiadłszy swej wybranki w miłosnym uniesieniu słał w niebo strofy pięknego klangoru. Po czym samica dwukrotnie nisko ukłoniła się swemu panu, ruchem tanecznym oboje odwrócili się do siebie plecami, przytulając się szyjami długo słali w niebo miłosne pieśni. Jednak całkowicie oczarowany zostałem tańcami godowymi w wykonaniu wszystkich par, perfekcyjne układy taneczne były wykonywane z wielką dostojnością i głębokimi ukłonami wobec partnerów, a które można tylko porównać do dawnych salonowych tańców dworskich. Mnie całkowitemu analfabecie tanecznemu kojarzyły się one z menuetem. Z chwilą, kiedy tarcza słoneczna cała wyszła ponad horyzont, przywódca stada rozkładając skrzydła, donośnym klangorem ogłosił koniec zalotów. Cały klucz powoli poderwał się do lotu, znikając mi z oczu za linią lasu, nie schodziłem z ambony i jeszcze dłuższą chwilę siedziałem jak urzeczony, tak naprawdę to przez jakiś czas znalazłem się zupełnie w innym jakże rajskim świecie.

Kiedy spotkaliśmy się z Józiem pod Jego amboną, On równie był urzeczony jak ja, pomimo długiego stażu łowieckiego po raz pierwszy tak z bliska oglądaliśmy to niecodzienne widowisko. Obu naraz przyszła nam refleksja, że to może specjalna nagroda patrona myśliwych u schyłku naszych łowieckich dokonań?

Ale to chyba mija się z prawdą, bo jak mówi Jurek Owsiak, my też mamy zamiar polować "do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej".

Opracował 2/12/2003
Bogusław Fikiel
z K.Ł. Bielik Szczecin

Powrót do polowań


Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2018 P&H Limited Sp. z o.o.