Julian Ejsmond - historia zdjęcia z polowania na głuszce
w Puszczy Białowieskiej (rok 1927)

Julian Ejsmond był znamienitym myśliwym, mistrzem pióra i niekwestionowanym królem międzywojennej literatury łowieckiej. Był kierownikiem Referatu Łowieckiego w Ministerstwie Rolnictwa oraz redaktorem "Przeglądu Myśliwskiego". Jego wspomnienia "Moje przygody łowieckie" do dziś rozpalają w nas myśliwskie marzenia i nadzieje. Najwspanialsze wśród tych wspomnień są opisy dawnych, wielkich polowań na pióro, z głuszcem, cietrzewiem i słonką na tokach lub ciągach, czy też z bajeczną obfitością kaczek na Kresach.
Przypadkowo natrafiłem na zdjęcie z polowania Ejsmonda na głuszce w roku 1927 i odkryłem szczegóły tego polowania. Oto one:
W internetowej Encyklopedii Puszczy Białowieskiej znalazłem zdjęcie podpisane tak: "Julian Ejsmond (pierwszy z lewej) podczas polowania w Puszczy Białowieskiej (lata 20-te XX w)". Zaciekawiło mnie to, więc zacząłem szukać dodatkowych informacji. Na innej stronie, opis tego zdjęcia jest ciut lepszy. Podano tam rok i miesiąc (1927-04) oraz nazwiska pięciu, z ośmiu widocznych uczestników polowania. To tylko podsyciło moją ciekawość - szukałem dalej. Znalazłem 9 zdjęć z tego polowania, a wśród nich zdjęcie lepszej jakości, niż to z encyklopedii. Wiele dodatkowych informacji znalazłem w opisach tych zdjęć oraz na stronach internetowych prezentujących sfery rządowe i dyplomatyczne z tamtych lat (było to polowanie dla wielkich tego świata). Szukałem też w literaturze łowieckiej (w dziełach Ejsmonda i Krzywoszewskiego).
Po pięciu dniach poszukiwań, zdobyłem już nazwiska wszystkich ośmiu myśliwych ze zdjęcia, a także dokładną datę polowania. Zdobyłem też informację, że w polowaniu tym brało udział więcej osób. Powoli poznawałem szczegóły. Dotarłem do nazwisk wszystkich czternastu uczestników polowania, uzupełniłem ich dane personalne, a także dowiedziałem się, kto strzelił drugą słonkę (niewidoczną na zdjęciu). Niektóre dane wymagały dodatkowych wyjaśnień. Na przykład Ejsmond w różnych opowiadaniach, podaje odmienne informacje, a inny autor (anonimowy), w jednym z opisów mówi o oczekiwaniu na prezydenta RP (był nim wtedy Ignacy Mościcki). Jednak nikt inny o prezydencie nie wspomina, nie ma go też na żadnym ze zdjęć, a trudno przypuszczać, by pominięto obecność głowy państwa. Albo więc w tym jednym opisie jest pomyłka, albo prezydent tego dnia nie przyjechał, mimo że go oczekiwano (często polował on w Białowieży). Reasumując, jako fakty udokumentowane przyjąłem te, które w jakiś sposób się potwierdziły, bądź te, które są opisane w źródłach bardziej wiarygodnych. W ten sposób moja wiedza na temat tego polowania i jego uczestników stała się kompletna.
Reprezentacyjne polowanie na tokach głuszcowych miało miejsce 10-11.04.1927 r. w Puszczy Białowieskiej. Ejsmond pojechał na to polowanie z grypą i gorączką 39 stopni. Tak strasznie chory, przecierpiał całą noc przy ognisku w Puszczy, po czym półżywy wyruszył na bagna. Przed świtem, przemarznięty, targany gorączką i dreszczami, w przemoczonych butach i po kolana w lodowatej wodzie, dwie godziny czekał na pieśń.
Podszedł, strzelił i grypa minęła...
Dokładniejszy opis tego polowania można przeczytać w opowiadaniu Juliana Ejsmonda "Na Uroczysku Hubar" lub Stefana Krzywoszewskiego "Przedwiośnie w Puszczy Białowieskiej".

Zdjęcie myśliwych, a pod nim nazwiska wszystkich czternastu uczestników polowania.

Oto oni: 1 Kierownik Referatu Łowieckiego w Ministerstwie Rolnictwa, redaktor "Przeglądu Myśliwskiego", pisarz i poeta Julian Ejsmond, 2 sekretarz Ambasady Francji w Polsce Guillaume le Verdier, 3 minister rolnictwa Karol Niezabytowski, 4 poseł i minister Węgier Alexander Belitska, 5 dyrektor Departamentu Leśnictwa i Dóbr Państwowych Jan Miklaszewski, 6 Maria Niezabytowska (córka ministra, ze słonką), 7 prezes Związku Autorów Dramatycznych i redaktor "Świata" Stefan Krzywoszewski oraz 8 szef Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP dr Stefan Markowski. Tyle osób jest na zdjęciu, a poza nimi w polowaniu udział wzięli: 9 Izabela Niezabytowska (córka ministra), 10 minister poczt i telegrafów Bogusław Miedziński, 11 były minister rolnictwa Stanisław Janicki, 12 minister Portugalii w Polsce Vasco de Quevedo, 13 dyrektor Gabinetu Ministra Protokołu Dyplomatycznego MSZ hrabia Stefan Przezdziecki oraz 14 wojewoda białostocki Marian Rembowski. Strzelono 5 głuszców i 2 słonki.

Dla oddania nastroju i emocji towarzyszących temu polowaniu, przytoczę trzy fragmenty z opowiadania Juliana Ejsmonda "Na Uroczysku Hubar".

Fragment pierwszy - nocne oczekiwanie Ejsmonda przy ognisku w Puszczy:
"... leśne ognisko tryskające złotymi fontannami gwiazd-iskier... Ziąb nocy i żar ogniska... Dreszcze gorączki - i dreszcze myśliwskie... Przy ognisku czekają gajowi. Żarzy się złote palenisko... Wonny dym upaja i odurza... Dokoła śpi czarna puszcza. Jedynie gdzieś w oddali słychać okrzyk bojowy puchacza... Nigdy jeszcze dotąd nie siedziałem w puszczy z taką gorączką... Dym mię oszałamia... Choroba rozbiera... Zimno przenika... Gorąco rozpala..."

Fragment drugi - chory Ejsmond na bagnie przed pieśnią głuszcową:
"Jest mi źle i zimno w tej najzimniejszej chwili poranku, gdy się dzień poczyna...
Buty mam pełne lodowatej wody. Gorączka obezwładnia mię coraz bardziej: czuję, jak nogi mi się uginają... ciężkie ołowiane, bolące nogi... czuję, jak krew wali mi w uszach i w głowie przyśpieszonym, chorobliwym tętnem... Dusi mnie kaszel, w płucach coś kłuje boleśnie...
I stoję w zimnej wodzie leśnego moczaru, czekając pieśni, która może nie zabrzmi wcale. Jedyną moją myślą jest teraz: byle nie zakaszlać."

Fragment trzeci - radość Ejsmonda po tokach:
"Jestem zdrów i radosny, diabli wzięli gorączkę, diabli wzięli grypę i ból głowy, i dreszcze, i kłucie w piersiach... Choroba "wtopiła się" w mszarnym błocie leśnym... Puszcza, wielka uzdrowicielka, uleczyła moją duszę i ciało..."

Na koniec wybrane fragmenty z opowiadania Stefana Krzywoszewskiego "Przedwiośnie w Puszczy Białowieskiej":

"... honorowym gospodarzem jest p. minister Karol Niezabytowski, któremu towarzyszą córki. P. Stanisław Janicki, poprzedni minister rolnictwa, należy do zaproszonych gości...
... Wśród gości jest p. minister Miedziński... Trudno o milszego towarzysza myśliwego! Pełen temperamentu, żywości...
... Zamaszysty, uprzejmy i uśmiechnięty poseł węgierski, p. Belitska robi wrażenie wykwintnego szlachcica polskiego - zwłaszcza, że w rozmowie francuskiej szafuje gęsto frazesami polskiemi, nienagannie wymawiając najtrudniejsze wyrazy.
... Nad wszystkiem czuwa p. Miklaszewski, dyrektor Departamentu Leśnictwa, niestrudzony, pamiętający o każdym gościu - rozkochany w swoich lasach, jak czuły i wierny kochanek. Dopomaga mu miły nasz kolega, Juljan Ejsmond, nemrod młody, lecz srodze zawzięty i przez św. Huberta szczególnie protegowany: gdzie nikt nie strzela, on potrafi dać dubleta do wilków!
... Wszyscy są tak znużeni, że przedwieczorny ciąg słonek ma tylko trzech zwolenników. Jedziemy razem: pp. Quevedo, Le Verdier i ja... Idziemy w milczeniu. Wtem leśnik dotknął mego ramienia. O sto kroków przed nami duży, płowy zwierz wysunął się z brzeziny, przeskoczył chyłkiem drogę, zniknął w oczeretach. Przez mgnienie oka widziałem, jak zwrócił ku nam złą, plugawą mordę. Wilk!
... (następnego dnia - ao) Przy ognisku grzeje się trzech ludzi: dwóch gajowych i nadleśny. Poznajemy się. Nadleśnym jest p. Bark, były jegermejster białowieski cesarza Mikołaja, rodzony brat rosyjskiego ministra finansów z okresu wojny. Jestem stropiony, że zadał sobie tyle trudu. On odpowiada:
- Ja-bo i dla własnej przyjemności! Takie wyprawy myśliwskie, to moja namiętność! Czyż może być coś bardziej interesującego?...
... P. Bark, mężczyzna chudy, wysoki i żylasty, lat około sześćdziesięciu, o rzadkiej, ryżawej bródce i zblakłych oczach niebieskich - jest typem barona bałtyckiego. Jako łowczy białowieski, towarzyszył carowi i wielkim książętom w ich łowach, podjeżdżał z nimi jelenie...
Dziś nosi mundur leśnika polskiego, na czapce - białego orzełka.
- Jeleni było tutaj około piętnastu tysięcy - opowiada p. Bark, - żubrów - siedemset kilkadziesiąt (niema ani jednego), wielkie mnóstwo sarn i dzików, sporo danieli. Car Mikołaj był na polowaniu uprzejmy i niewymagający. Natomiast w. ks. Mikołaj Mikołajewicz był gwałtowny, nerwowy, unosił się łatwo.
...Gajowy spojrzał na mnie znacząco, z uroczystą powagą... Dosłyszał "klaskanie" głuszca... Nagle dał tęgie dwa susy. Ja za nim. Znieruchomieliśmy. Nogi zapadają głęboko w wodzie i lepkiem trzęsawisku. Skoki szczególnie są utrudnione przez oślizgłe, a ukryte we mchach zwały. Wywrócić się łatwo.
Już wzruszenie myśliwskie zaniepokoiło serce, uderzyło gorętszym napływem krwi do skroni. Posuwamy się naprzód z dłuższemi i krótszemi postojami. Teraz słyszę wyraźnie donośne "korkowanie". Lecz cóż to? Z boku ozwało się basowe - ko! ko! Tu i tam zaszumiały wielkie skrzydła. Dokoła nas pręży się i wygina w zdobywczych zalotach pięć lub sześć niewidzialnych kogutów. Podchodząc jednego, nader łatwo spłoszyć inne. W szaro-niebieskich oczach leśnika czytam niepokój. Skaczemy z podwójną ostrożnością. Pieśni są krótkie, urywane i niegłośne. Łopoty skrzydeł nie ustają. - Ko! ko! - rozlega się bezustannie...
... Nasz kogut znów podjął swą pieśń. Rozróżniam dokładnie wszystkie jej fazy... Podczas "szlifowania" suniemy naprzód. Świta dzień. Dwa tęgie susy! Wpadłem w głęboki bajor, w skoku nogi tak mi się skręciły, że ledwo mogę ustać. Prostuję wolno i ostrożnie stopy, w oczach leśnika dostrzegam surową wymówkę. Głuszec przestał grać..."