Jaki jestem - każdy widzi

nie z setek prezentowanych tu zdjęć,
ale przede wszystkim z ogólnego klimatu tej strony,
z lektury autorskich wspomnień i osobistych refleksji,
ze wszystkiego co na tej stronie jest do końca i zupełnie moje
 Andrzej Otrębski

Zacząłem polować w roku 1979. Polowanie zajmowało mi każdy weekend, każde święto, wszystkie urlopy i niektóre zwolnienia lekarskie ("za komuny" popularne było powiedzenie "gdy ci praca w łowach szkodzi, to zmień pracę! O co chodzi?").
Będąc tak często w łowisku budowałem ambony, brałem udział w licznych wtedy pracach - po prostu byłem aktywny. Pewnie dlatego już w roku 1980 zostałem sekretarzem koła. Był okres, w którym jednoosobowo rządziłem kołem. Prezes i łowczy (wiekowi już myśliwi) nie mieli woli i ochoty, a również i wiedzy, by działać. Na mój adres przychodziła do koła korespondencja, zebrania zarządu praktycznie się nie odbywały, podejmowałem więc decyzje, odpowiadałem na pisma. Może tylko nie należało mówić wtedy starszym kolegom, że nic nie robią - niestety brakowało mi dyplomacji. Kiedyś, jako prowadzący polowanie ukarałem samego prezesa i jeszcze jednego kolegę za strzał w miot do jeleni (i to z pozycji siedzącej). Postąpiłem zgodnie z własnym sumieniem - nie mogłem inaczej! Do końca życia będę pamiętał, jak strzelano do mnie stażysty-naganiacza w miot. Do dziś widzę skierowany we mnie wylot lufy sztucera. Kula uderzyła pół metra od moich nóg.
Obaj ukarani za strzał w miot obrazili się, czuli się urażeni, że młokos ("chodzący paragraf") ich poucza. I tylko prezes po latach przyznał - miałeś wtedy rację! 
Właśnie jako "chodzący paragraf" zostałem Wojewódzkim Rzecznikiem Dyscyplinarnym. Ciekawa, ale i niewdzięczna to praca. Trzeba karać ludzi, a u nas nie ten jest zły, który robi coś niezgodnego z prawem czy etyką, lecz ten, który to wykrywa i karze. Chyba jednak byłem niezłym rzecznikiem. Według wskaźników ocenianych przez Głównego Rzecznika Dyscyplinarnego zawsze mieściłem się w pierwszej piątce w kraju. Rozpoznałem blisko sto spraw. Od moich decyzji nie wpłynęło ani jedno odwołanie (!). Natomiast wszystkie (!) moje wnioski oskarżycielskie zostały uznane prze sąd za słuszne i wszystkie proponowane kary zasądzono bez zmian (!), a tylko od jednej takiej decyzji sądu obwinieni wnieśli odwołanie.
I co dla mnie najważniejsze: z kilkuset przesłuchiwanych osób, tylko kilka (na palcach ręki można policzyć) obraziło się na mnie. A przecież byłem tym złym, który karze...
Po 8 latach rzecznikowania zostałem Przewodniczącym Wojewódzkiego Sądu Łowieckiego (byłem dobry, a w naszym sądzie źle się działo). Najtrudniej było dobrać sobie odpowiedni skład sędziowski, nastały bowiem czasy, w których ludziom w Polsce pozwolono myśleć i decydować o sobie. Ludzie pracowici i aktywni mieli coraz mniej czasu dla Związku. Przez dwa lata udawało mi się jakoś dzielić czas, którego nie miałem, między pracę w PZŁ i pracę dla siebie.
A potem... Potem, po śmierci wspaniałego człowieka, Łowczego Wojewódzkiego Andrzeja Ciemniewskiego, w tak zwanych wyborach (żenująco ustawianych), dorwały się do władzy małe żałosne szaraczki. Cóż, nowa władza zawsze swoich ludzi obsadza, ale... nawet mnie nie poinformowano, że przestałem być Przewodniczącym Sądu.
Chłopcy pokazali klasę... okręgową, jak się wkrótce okazało (bo właśnie wkrótce utworzono w PZŁ Okręgi), choć pozostając przy piłkarskich porównaniach, to i do trampkarzy im było daleko. Smutny jest taki spadek z ekstraklasy, jaką wcześniej prezentowały elity wojewódzkie.
A polowania? Wystarczy spojrzeć na mój dziennik myśliwski. W miarę rozwoju własnej firmy praktycznie przestałem polować. Dawniej znałem nasze łowiska, znałem przesmyki, wiedziałem gdzie i kiedy mam szanse na spotkanie zwierza, a teraz?