Trzy miłości myśliwskie

"Trzy miłości myśliwskie" - tak książę Eustachy Sapieha nazwał wiosenne łowy na głuszce, cietrzewie i słonki. 
Są to również i moje trzy największe miłości, nie mające sobie równych wśród przeżytych wzruszeń łowieckich.
Na czele orszaku wspomnień dostojnie kroczy cichy, tajemniczy król wiosennej kniei głuszec, tuż obok gra zapamiętale zawadiacki książę cietrzew, a gdy już wszystko cichnie i usypia, zwiewnym lotem ciągnie baśniowa księżna słonka. 
Oddajmy się nastrojowi tych chwil. 
Głuszec 
Tak pisał Julian Ejsmond w latach dwudziestych XX wieku:
"A pod pieśnią głuszca - po raz pierwszy posłyszaną - następują zaślubiny na wieki wieków duszy myśliwskiej z duszą puszczy..."
A oto zdjęcie Juliana Ejsmonda, z polowania na głuszce w Puszczy Białowieskiej,
w kwietniu roku 1927. 
Tak - Janusz Steliński (rok 1948):
"Wreszcie po kilku urwanych seriach klapania kogut przeszedł w szybkie trelowanie, pięknie odkorkował i przeszlifował do końca pełną pieśń. Za chwilę powtórzył drugą i trzecią, a potem szedł już z pieśni w pieśń, coraz pełniej i coraz rytmiczniej wystukując główny ton.
...Knieja znieruchomiała w zasłuchaniu.
Na wspaniałych puszystych kobiercach jasnozielonych mchów, wsparte tu i ówdzie o krzak żurawiny, nieruchomo przysiadły w zachwyceniu leśne nimfy, otulone w lekkie woale mgły, spod których przeświecały bogate diademy, wysadzone wielkimi perłami rosy. To z orszaku Artemidy, która ponoć swą własną osobą zjechała na niedźwiedzim rydwanie do polskiego boru, by wysłuchać dzisiejszego wspaniałego koncertu.
Co? Nie widzisz i nie wierzysz? Mówisz, że to na pewno nic więcej tylko krzaki żurawin?
O, miły czytelniku i kolego myśliwy! Jesteś ślepy, ślepy, po stokroć ślepy i o drewnianym sercu. Naucz się patrzeć i czuć. Dopóki tego nie potrafisz, dopóki nie zrozumiesz baśniowego piękna przyrody, nie wchodź do kniei o wiośnianym przedświcie - nie masz po co. Będziesz zawsze widział tylko same żurawiny albo krzaki bagna." 
A tak - ja (rok 1998):
I oto wśród spadających kropli rozróżniam dźwięk bardziej regularny: tetek-tetek tetek-tetek tete-tete tete-tete tete-tete trrrr. I po chwili znowu. Czuję jak serce zaczyna bić coraz mocniej. Słyszę pieśń głuszca! Nie potrafię porównać jej z jakimkolwiek innym głosem występującym w przyrodzie. Jest tajemnicza, ekscytująca i bardzo, bardzo cicha.
Pojedyncze, oderwane dźwięki klapania, powolne zrazu, stają się coraz żywsze i potęgując podniecenie płynnie przechodzą w perlistą kaskadę trelu, by u szczytu ekstazy zaznaczyć ton główny - korkowanie, po czym rozpłynąć się czarującym szlifowaniem, które jeszcze bardziej podnieca i urzeka zarazem.
Żadne z dotychczasowych wzruszeń łowieckich nie było tak silne, tak fascynujące. Jest w tej cichej, namiętnej pieśni coś takiego, czego nie da się opisać, co trzeba usłyszeć i przeżyć samemu. Przeżyć i zachować w pamięci na zawsze!  
Cietrzew 
Tak pisał Adam hr. Rzewuski (rok 1924):
"Siedząc w budce skonstruowanej według najwybredniejszych wymagań architektury tokowej przez Antosia Łacheja, starego gajusa - jeszcze z zamierzchłych przedwojennych czasów...
Półmrok przyćmiony... pierwszych wschodów i tajemniczych sił budzącej się ze snu natury... welonem swej potęgi otula duszę mą pieściwie...
Na kilometry całe ciągnie się tak zwane Pińskie błoto - oazą na nim "Orliny Ostrów", na którym się znajduję obecnie... okolony cały zwartą łoziną i rokitnikiem, z budką na środkowym pólku, polance ugorowej.
Wschodnia nieba strona - bielejąc coraz jaśniej - różowieć poczyna!
Do pokutującej duszy łkań podobne dźwięki bąka się rozlegają... chichoty jakoweś diabelskie! Najróżnorodniejszych błotnych obywateli trele dziwaczne, żadnej operowej primadonnie nie znane! Zapytania zda się z głębin i mroków przedświtu idące... beczenia sterówek kszyków lubieżnymi drganiami kaczorów przeplatane... cała symfonia życia, tryumfu wiosny odwiecznej i odrodzonej!
Tajemniczy szelest skrzydeł nad mą głową - i z charakterystycznym łopotem zapada stary tokowik na kroków kilka przed budką! Na "czu-szy" jedno i drugie brawurowego zacięcia czarnego rycerza odpowiada nieśmiało kilku innych z brzeźniaków przyległych.
Widzę wyraźnie przez otwór budki, jak z fantazją wielką podniesiona głowa w czerwieni korali namiętnością rozbrzmiałych, w granat odzianego trubadura chyli się kornie ku ziemi... Zatokował!
Za tym na piechotę podbiegły drugi, trzeci... Podskoki, pląsy dziwaczne, uganiania się wzajemne; batalie srogie - shimmy i fokstrot cietrzewi bez udziału tylko pań, z których aż dwie, z niewinnymi minkami, jakby wcale nie o nie tu chodziło, brzeg polanki zalotnymi kroczkami mierząc, ciekawie się walczącym szermierzom przypatrują!
Rozwidnia się coraz bardziej. Sylwetka czarnego truwera na piaszczystym pagórku uwydatnia się na zorzy czerwieni i opalach, a on gra, gra i gra na tle dźwiękowego rozmodlenia całego błota, przy dynamicznym, bezpośrednim akompaniamencie cudnego "trio" - słowika, skowronka, kukułki!
Kwartet podobny instrumentować może li tylko Matka Przyroda, odczuć - dusza myśliwego!
Przed ukazaniem się świętości życiodajnej natury - Słońca - okres ciszy. Nie wolno naruszać uroczystego aktu zachwytami miłości - nawet cietrzewiej!
A zatem nowe morze harmonii i gry jeszcze intensywniej żądzami pragnień przepojonej!"
(Wybór fragmentów i skróty - moje)  
A tak - ja (rok 1985):
...Właśnie od wschodu zaczęło szarzeć. Gdzieś daleko odezwał się pierwszy cietrzew. Usłyszałem nieśmiałe czuszykanie, potem jeszcze raz, i znowu, i za chwilę głośne, perliste bulgotanie. Zaraz granie podjął następny kogut i wnet całą łąkę wypełniła niepowtarzalna muzyka. Zaczęło się rozwidniać. Zobaczyłem niemałych rozmiarów bagienną łąkę, w którą gdzieniegdzie wdzierały się języki małych, rachitycznych brzózek. A na tej łące - najpierw jednego, a potem kilka tokujących kogutów. Ten widok będę pamiętał przez całe życie.
Ilekroć zamknę oczy i pomyślę o dalekich bagnach, widzę tę łąkę i te tajemnicze, wspaniałe igry. A jeszcze wyraźniej słyszę we wspomnieniach ciszę przeżytego wtedy szabasu.
Na pierwsze promyki wstającego słońca wszystkie koguty zamilkły. Było coś uroczystego w tej ciszy, jaka nagle zapanowała. Nie docierały do mnie wtedy głosy ptasiego drobiazgu, czekałem na koniec szabasu i bałem się poruszyć, by nie spowodować huku łamanego źdźbła siana. Szabas skończył się tak samo niespodziewanie jak się zaczął. Znowu słyszałem na przemian czuszykanie, bulgotanie i czasami krótki łopot skrzydeł kogutów. Później nauczyłem się przewidywać poszczególne fazy toku, zawsze jednak szabas pozostał dla mnie wzruszającym, tajemniczym obrządkiem.  
Słonka 
Tak pisał Julian Ejsmond (lata dwudzieste XX wieku):
"Największy urok polowania na wieczornym ciągu słonek stanowi muzyka lasu, który usypia, koncert niezrównany, pełen radosnych głosików ptaszęcych, oczarowanych wiosenną miłością...
...Jeżeli spojrzymy wstecz na wspomnienia nasze z ciągów słonek, to zachwyci nas przede wszystkim muzyczne piękno tych wspomnień...
Jak świetlne obrazy przesuwać się będą przed naszymi oczyma wiosny i wieczory, a głosy przyrody, glosy wiosny i wieczora brzmieć będą w naszych oczarowanych uszach jak żywe..." 
A tak - ja (rok 2005):
Godowe ciągi słonek to chwile niezapomniane. Samo strzelanie najmniejsze ma tu znaczenie, liczy się ten niepowtarzalny nastrój, gdy wraz z nastającą wieczorną ciszą oddajemy się romantycznym marzeniom, osiągając szczęśliwy stan spokoju i harmonii, którego nie burzy ciche i tajemnicze chrapanie słonki. Owszem, odczuwamy emocje, ale ani one, ani nawet odgłos strzału, z tego czarującego nastroju nas nie wyrywa.
Zasypia las, gaśnie dzień, a my w uroczystej ciszy czekamy z nadzieją na kolejne myśliwskie wzruszenia. Marzymy o nich w snach najczarowniejszych, "jawa zaś od tych snów bywa najczęściej stokroć jeszcze piękniejsza".